Drzwi się otworzyły, wpuszczając smugę światła z korytarza. Panna Angela Burrows odsunęła zasłony, rzuciła okiem na czarne, styczniowe niebo i zalane deszczem okno, po czym zasunęła je z powrotem.

– Pada – oznajmiła z ponurą satysfakcją osoby, która przepowiadała deszcz i nie może brać na siebie odpowiedzialności za zignorowanie jej ostrzeżeń.

Panna Beale oparła się na łokciu, zapaliła lampkę nocną przy łóżku i czekała. Po kilku sekundach jej przyjaciółka wróciła, stawiając przed nią tacę z poranną herbatą. Taca była przykryta wyhaftowaną serwetką, filiżanki w kwiatki stały uszko w uszko, na talerzyku z tego samego serwisu leżały równiutko cztery herbatniki, po dwa każdego rodzaju, z czajnika unosił się delikatny zapach świeżo zaparzonej indyjskiej herbaty. Obie kobiety lubiły komfort i porządek. Standardy, które kiedyś narzuciły w prywatnym oddziale swojej kliniki, zastosowały też dla własnej wygody, żyjąc niczym w luksusowym i liberalnym domu opieki.

Panna Beale dzieliła mieszkanie z przyjaciółką, odkąd skończyły tę samą szkołę dla pielęgniarek dwadzieścia pięć lat temu. Panna Angela Burrows była teraz dyrektorką personelu dydaktycznego w jednej z londyńskich klinik. Panna Beale uważała ją za wzór nauczycielki. Podczas swoich wizytacji podświadomie korzystała z częstych wypowiedzi swojej przyjaciółki o zasadach solidnego przygotowania do zawodu pielęgniarki. Panna Burrows, ze swojej strony, zastanawiała się, co pocznie Naczelna Rada Pielęgniarska, kiedy panna Beale odejdzie na emeryturę. Najszczęśliwsze małżeństwa opierają się na takich miłych iluzjach i związek obu kobiet, choć całkiem inny i zasadniczo niewinny, miał podobne podstawy. Oprócz skłonności do wzajemnej, choć milczącej adoracji różniły się wszystkim. Panna Burrows, krępa, mocno zbudowana i na pozór groźna, kryła swoją nadwrażliwość pod maską szorstkiego, zdrowego rozsądku. Panna Beale, mała i drobna jak ptaszek, precyzyjna w mowie i ruchach, zachowywała się ze staroświecką dystynkcją, czasem bliską granicy śmieszności.



2 из 296