Przestraszona intensywnością tej nagłej i haniebnej niechęci, którą jeszcze Goodale gotowa odczuć, Dakers odwróciła wzrok od jej pochylonej irytująco blisko głowy i rozejrzała się po pokoju. Znała go tak dobrze po trzech latach nauki, że zwykle nie zauważała już detali architektonicznych ani mebli. Jednak dzisiaj zobaczyła go z niespodziewaną ostrością, jakby całkiem nowymi oczami. Był zbyt duży, aby go można nazwać przytulnym, i umeblowany zbieranymi przez lata, przypadkowymi meblami. Kiedyś musiał tu być elegancki salon, ale ściany już od dawna nie miały tapet i pomalowane łuszczącą się farbą czekały na obiecany remont. Ozdobny kominek z rzeźbionego marmuru mieścił w sobie duży piecyk gazowy, stary i brzydki, ale zdumiewająco wydajny – ogrzewał z sykiem nawet najdalsze kąty. Solidny, mahoniowy stół pod przeciwną ścianą, zarzucony czasopismami, mógł należeć jeszcze do samego Johna Carpendara. Jednak był już zniszczony i zmatowiały, bo choć odkurzano go regularnie, to rzadko polerowano, a zniszczony blat nosił liczne odciski szklanek. Na lewo od kominka stał w groteskowym kontraście duży, nowoczesny telewizor, dar od Ligii Przyjaciół Szpitala. Przed nim znajdowała się długa, pokryta kretonem kanapa z zapadającymi się sprężynami i pojedynczy fotel od kompletu. Reszta krzeseł, już zbyt starych i wysłużonych dla pacjentów, pochodziła z ambulatorium przyszpitalnego. Drewniane oparcia na ręce były brudne, a kolorowe winylowe siedzenia pachniały nieprzyjemnie w cieple ognia z kominka. Jedno z nich było puste. To z czerwonym siedzeniem, którego zawsze używała Pearce. Gardząc wspólną kanapą, siadała nieco z boku, patrząc na ekran z wystudiowanym brakiem zainteresowania, jakby to była przyjemność, którą mogła sobie z łatwością darować.



29 из 296