
— Ogromnie się cieszę — powiedział Pathis z westchnieniem ulgi. — Nie ma pan pojęcia, jak bardzo staramy się zadowolić naszych klientów.
— Doceniam to w pełni, panie Pathis.
Carrin miał nadziej, że przedstawiciel A.E. nie zechce zajrzeć do kuchni. Wyobraził sobie barmana firmy Castile Motors sterczącego tam jak jeżozwierz na wystawie psów.
— Z dumą mogę stwierdzić, że większość mieszkańców w tej okolicy zaopatruje się u nas — mówił Pathis. Jesteśmy poważną firmą.
— Czy Miller też był waszym klientem? — spytał Carrin.
— Ten, co popełnił samobójstwo? — Pathis zmarszczył czoło. — Tak, był. To zaskakujące, absolutnie zaskakujące. Zaledwie w zeszłym miesiącu kupił ode mnie super-turbo osiągający na prostej przeszło trzysta mil na godzin. Cieszył się z niego jak dziecko, a potem nagle coś takiego! Naturalnie wóz zwiększył nieco jego zadłużenie.
— Naturalnie.
— Ale czy to ważne? Miał wszystkie luksusy świata. A tu nagle poszedł i się powiesił.
— Tak — Pathis znów zmarszczył czoło. — Miał w domu wszystkie najnowocześniejsze urządzenia, a powiesił się na kawałku sznurka. Musiał być od dawna niezrównoważony.
Jego twarz wygładziła się i wrócił na nią zwykły uśmiech.
— Ale dość na ten temat! Porozmawiajmy o panu! Uśmiech poszerzył się jeszcze, kiedy Pathis otworzył swoją teczkę.
— Oto więc pańskie rozliczenie. Jest pan nam winien dwieście trzy tysiące dolarów i dwadzieścia dziewięć centów po ostatnim zakupie. Zgadza się?
— Zgadza się — potwierdził Carrin, bo pamiętał tę sumę ze swoich kopii rachunków. — Tu jest moja rata. Wręczył Pathisowi kopertę, którą ten sprawdził i wsunął do kieszeni.
— Świetnie. A teraz, zapewne zdaje pan sobie sprawę, że nie starczy panu życia, żeby spłacić pełne dwieście tysięcy, prawda?
— No, chyba tak — zgodził się trzeźwo Carrin.
