
— Jatik, tu Koril. Musisz ze mną porozmawiać.
— Przecież ja umieram — wyszeptał niemal ze złością. — Pozwól mi odejść.
— Tak, jesteś martwy — przyznał głos Korila. Ani ja, ani nikt inny nie ma dość mocy, żeby cię uratować. A przecież tak długo jak twoje wa płonie i walczy wewnątrz ciebie, możemy się ze sobą komunikować. Proszę cię, Jatik, byłeś zawsze dzielny i lojalny. Nie odchodź, zanim nie odzyskasz sił dzięki twym słowom.
Mężczyzna zmagał się ze sobą, usiłował sobie coś przypomnieć. Słowa… Misja…
— Jatik, gdzie są pozostali?
Pozostali?
— Nie żyją. Nikt z nich nie żyje.
— Wobec tego jesteś ostatni. Pośpiesz się, Jatik, bo czasu jest coraz mniej, a moja moc, utrzymująca cię przy życiu, słabnie. Muszę wiedzieć. Czy udało ci się tam dostać? Czy byłeś świadkiem spotkania?
Spotkania… jakiego spotkania? Zmagał się z własną pamięcią. Ach, tak, spotkanie. O Boże! Spotkanie…
— Wi… widziałem — wydusił z trudem. — Czterech Władców w Diamentowej Skale. Czterej Władcy i tamci. O Boże!
— Tamci… skup się, Jatik! Wytrzymaj jeszcze chwilę! Tamci! Jak oni wyglądali?
— Potworni… Monstrualni. Przebrani co prawda za ludzi, ale nie byli w stanie nas oszukać. Są okropni, Koril, potworni! Diabelski pomiot. To przekracza ludzką wyobraźnię. Oślizgli, ohydni! Jakby narodzili się w piekle.
— Czterej Władcy… czy istnieje jakiś sojusz?
— Tak, tak! O Boże! Musisz ich unicestwić, Koril! Nie wolno ci pozwolić, by sprzedali ludzkość komuś takiemu! Potworność! Nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić! Modlę się do Boga, byś nigdy nie musiał napotkać ich na swej drodze. Na sam ich widok Latir i Mohar utracili zmysły.
— Jak te piekielnie pomioty wyglądają? Skup się, Jatik! Wytrzymaj jeszcze!
— Wyglądają? Boże, ja tylko dlatego nie zwariowałem, że odrzucam od siebie ten obraz. To Monstra… Miazga… Breja… W nich jest potworne zło! żło, jakiego człowiek nie jest w stanie pojąć. Oni pożrą człowieka, pożrą Czterech Władców i nas wszystkich. Musisz…
