
— Hem, hem… Cztery, jak mi się zdaje… — Oriemu Reuvenowi ciągle coś się zdawało, choć pamięć miał niezawodną. - Było tego do kupy coś koło setki ludzi, tych najzajadlejszych do polowań na dziwożonie skalpy. A długo nie mogli się połapać, bo Milva czasem wynosiła jednego z rzezi na własnych plecach, a ocalony pod niebiosa wychwalał jej męstwo. Dopiero za czwartym razem, w Verden, jak mi się zdaje, ktoś się w czoło pacnął. Jakże to tak, zawrzaśli nagle, hem, hem, że przewodniczka, która ludzi na dziwożony skrzykuje, za każdym razem z życiem uchodzi? I wylazło szydło z miecha, że przewodniczka wiedzie, ale w potrzask, wprost pod strzały czekających w zasadzce driad…
Dijkstra odsunął na brzeg biurka protokół z przesłuchania, bo wydało mu się, że pergamin wciąż cuchnie izbą tortur.
— I wtedy — domyślił się — Milva zniknęła w Brokilonie jak sen jaki złoty. Ale do dziś w Verden trudno o ochotników do wypraw na driady. Stara Eithne i młoda Kania dokonały niezłej selekcji. I oni ośmielają się twierdzić, że prowokacja to nasz, ludzki wynalazek. A może…
— Hem, hem? — zachrząkał Ori Eeuven, zdziwiony urwanym zdaniem i przedłużającym się milczeniem szefa.
— Może w końcu zaczęli uczyć się od nas — dokończył zimno szpieg, patrząc na donosy, protokoły przesłuchań i wyroki śmierci.
*****Gdy nigdzie nie dostrzegła farby, Milva zaniepokoiła się. Przypomniała sobie nagle, że koziołek zrobił krok w momencie strzału. Zrobił lub chciał zrobić — co na jedno wychodziło. Ruszył się, a strzała mogła trafić w brzuch. Milva zaklęła. Strzał w brzuch, przekleństwo i hańba dla łowcy! Pech! Tfu, tfu, złe licho!
Szybko podbiegła do zbocza kotlinki, rozglądając się bacznie wśród jeżyn, mchów i paproci. Szukała strzały. Zaopatrzona w grot o czterech brzeszczotach, wyostrzonych tak, że goliły włoski z przedramienia, wypuszczona z odległości pięćdziesięciu kroków strzała musiała przebić kozła na wylot.
