– Czy wy macie z nimi jakieś powiązania? Z ludźmi, do których idziemy. Bo skoro wybrany pochodzi stąd, to…

– Istnieją pewne tradycje, którymi musimy się kierować. Ale łączność nawiązujemy z najwyższą niechęcią. Obie strony.

Indra znowu się potknęła.

– Nie przypuszczałam, że będę całymi godzinami błądzić we wrogich ciemnościach targana wichrem. Nigdy chyba nie dojdziemy do celu – skarżyła się teatralnym głosem.

– Już jesteśmy u celu.

– Co ty powiesz? – spytała cierpko.

Zauważyła jednak, że ciemności nie są już takie nieprzeniknione, choć może nie należało jeszcze tego nazywać jasnością, i że ustał wiatr.

Zostawili daleko za sobą szumiące morze. Znajdowali się pośród wysokich skalnych ścian i mieli nad głowami jedynie słabą poświatę, ale różnicę odczuwali jako coś cudownego.

Z wąskiej rozpadliny wyszli w jaśniejszą przestrzeń i na równiejszą ziemię. Ram zatrzymał się.

Indra mogła w końcu zdjąć ten upokarzający czepek z głowy.

– O, Bogu dzięki – westchnęła. – Ale pewnie mam od tego paskudną pręgę na czole?

Armas przyjrzał się jej uważnie.

– To minie – oznajmił ze śmiechem. – Gorzej, że brwi masz ściągnięte w dół i powieki też, wyraźnie opadają.

– To nie może być prawda! – wrzasnęła Indra.

– On sobie żartuje – uspokoił ją Ram. – Chodźcie teraz, chłopcy, przebierzemy się za tamtymi kamieniami, a dziewczyny też zrobią się na bóstwa.

Vida i Indra pomagały sobie nawzajem, by wyglądać jak najlepiej, i w chwilę później zdumione patrzyły na wyłaniających się zza głazów mężczyzn. Od ich pięknych białych szat ze staromodnymi złotymi ornamentami wprost biło światło. Złote i czerwone znaki słońca zdawały się świecić naprawdę.

Indra miała na sobie szatę w stylu antycznym, którą już przedtem przymierzała, Vida natomiast nosiła zwiewną suknię, błękitną, połyskującą.

– Znakomicie – pochwalił Ram, przyjrzawszy się im dokładnie. – Teraz przynajmniej nikt nie będzie mógł wyśmiewać naszych strojów.



17 из 186