Było piękne popołudnie. Vetinari siedział w pałacowych ogrodach i z delikatną irytacją obserwował motyle. Dostrzegał coś lekko obraźliwego w tym, jak fruwają sobie dookoła i cieszą się życiem w sposób bezproduktywny.

Uniósł głowę.

— Och, to pan, nadrektorze — powiedział. — Jakże miło mi pana widzieć. Proszę usiąść. Mam nadzieję, że zdrowie panu dopisuje?

— W samej rzeczy — przyznał Ridcully. — A pan? Nie narzeka pan na zdrowie?

— Nigdy nie czułem się lepiej. Pogoda, jak widać, znowu się poprawiła.

— Moim zdaniem wczorajszy dzień był wyjątkowo udany. — Jutrzejszy, jak słyszałem, może być jeszcze piękniejszy.

— Z pewnością nie zaszkodzi nam trochę słońca.

— Istotnie.

— Tak.

— Ach…

— Bez wątpienia.

Patrzyli na motyle. Kamerdyner podał zimne drinki.

— Co one właściwie robią z kwiatami? — zainteresował się Vetinari.

— Co?

Patrycjusz wzruszył ramionami.

— Mniejsza z tym. To nie takie ważne. Ale skoro już pan tu jest, nadrektorze, skoro postanowił pan odwiedzić mnie po drodze do spraw, jestem pewien, nieskończenie bardziej istotnych… To naprawdę bardzo uprzejme z pana strony… Zastanawiam się, czy mógłby mi pan zdradzić: kto jest Wielkim Magiem?

Ridcully zastanowił się chwilę.

— Pewnie dziekan — stwierdził. — Waży chyba ze dwieście pięćdziesiąt funtów.

— Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że nie jest to właściwa odpowiedź — rzekł Vetinari. — Z kontekstu wnioskuję, że „wielki” oznacza wybitnego.

— W takim razie nie dziekan.

Vetinari spróbował sobie przypomnieć grono profesorskie Niewidocznego Uniwersytetu. Wizja, jaka pojawiła mu się w umyśle, przedstawiła niewielkie pasmo wzgórz w spiczastych kapeluszach.



6 из 292