
— Odsłońcie lampę — polecił trzeci głos, należący bez wątpienia do kobiety. Przypominał łagodne gruchanie gołębicy, ale było w nim także ponaglenie i niepokój.
— Rzucą się na nas jak stado dzikich psów, madame — odparł ten, na którego upadłem.
— I tak tego nie unikniemy. Słyszałeś przecież, że Vodalus wystrzelił.
— Powinno ich to raczej odstraszyć.
— Żałuję, że w ogóle to zabrałem — powiedział ten, który odezwał się jako pierwszy, z akcentem, po którym tylko dzięki memu małemu doświadczeniu i młodemu wiekowi nie rozpoznałem od razu arystokraty. — To źle, że musieliśmy tego użyć w starciu z takim przeciwnikiem.
Mówiąc to zbliżał się do mnie i po chwili mogłem go już dojrzeć — był wysoki, szczupły i nie miał żadnego nakrycia głowy. Stanął tuż przy potężnie zbudowanym mężczyźnie, z którym się zderzyłem. Trzecia postać, cała spowita w czerń, musiała być tą kobietą. Siła uderzenia pozbawiła mnie nie tylko tchu w piersi, ale i niemal wszystkich sił, zdołałem jednak przetoczyć się za pobliski pomnik i z bezpiecznego ukrycia obserwowałem to, co się działo przede mną.
Mój wzrok zdążył już przyzwyczaić się do ciemności, dzięki czemu mogłem dostrzec przypominającą kształtem serce twarz kobiety oraz zauważyć, że była niemal równie wysoka jak szczupły mężczyzna, którego nazwała imieniem Vodalus. Drugi z mężczyzn tymczasem gdzieś zniknął, ale wkrótce usłyszałem jego głos.
— Więcej liny — zażądał. Sądząc po tym, jak doskonale go słyszałem, znajdował się nie więcej niż krok lub dwa od mojej kryjówki, chociaż roztopił się w ciemności równie dokładnie, jak topi się wrzucona w szalejący ogień świeca. Dopiero po chwili dostrzegłem coś ciemnego, poruszającego się tuż przy stopach Vodalusa; był to kaptur jego towarzysza. Mężczyzna zeskoczył po prostu do wykopanej w ziemi dziury.
— Co z nią?
— Świeża jak kwiat, madame. Nie ma obawy, prawie nie cuchnie. — Wyskoczył na górę ze zręcznością, o jaką bym go nie posądzał. — Chwyć teraz za jeden koniec, panie, a ja za drugi i wyciągniemy ją jak marchew.
