
Uznał, że zadzwoni do wydziałów służb specjalnych policji i K-9 dopiero po uzyskaniu potwierdzenia identyfikacji kości. Wstał, opuścił gabinet i zaczął rozglądać się za Guyotem.
Lekarz siedział w kuchni przy stole i zapisywał coś w kołonotatniku. Podniósł głowę, gdy Bosch wszedł.
– Zanotowałem parę uwag o pańskim leczeniu. Prowadzę dokumentację każdego pacjenta, z jakim miałem do czynienia.
Bosch jedynie kiwnął głową, chociaż uznał za dziwne, że Guyot pisze o nim.
– Już sobie pójdę, doktorze. Wrócę jutro, i to nie sam. Może znowu będziemy musieli skorzystać z pańskiego psa. Będzie pan w domu?
– Tak i z radością pomogę. Jak żebra?
– Bolą.
– Tylko kiedy pan oddycha, prawda? Potrwa to około tygodnia.
– Dziękuję, że pan się mną zajął. Nie potrzebuje pan tego pudełka na buty, prawda?
– Nie, nawet bym go nie chciał.
Bosch ruszył do drzwi frontowych, ale odwrócił się jeszcze w stronę Guyota.
– Doktorze, mieszka pan tu sam?
– Obecnie tak. Moja żona zmarła dwa lata temu. Miesiąc przed pięćdziesiątą rocznicą ślubu.
– Współczuję.
Guyot pokiwał głową.
– Córka ma własną rodzinę w Seattle – powiedział. – Widuję się z nimi tylko od wielkiego święta.
Bosch miał ochotę zapytać dlaczego, ale się powstrzymał. Jeszcze raz podziękował lekarzowi i wyszedł.
Wyjeżdżając z kanionu i skręcając w stronę domu Teresy Corazon w Hancock Park, Harry przytrzymywał ręką pudełko po butach, żeby nie zsunęło się z siedzenia. Ogarniało go przygnębienie, miał dziś wyjątkowego pecha. Trafiła mu się sprawa najgorsza z możliwych. Morderstwo dziecka.
