
Znała szpital St. Agnes. Albo raczej kiedyś go znała. Tyle wypadków, tyle wizyt. Głęboko rozcięta łydka, kiedy upuściła słoik ze świetlikami. Packa na muchy przyłożona do zainfekowanego szczepienia na ospę, zresztą w jak najlepszych intencjach. Kolano otwarte niczym kwiat po upadku w krzaki, ukazujące swe przerażające wnętrze, krew i kości. Goleń zahaczona pordzewiałym zaworem ze starej opony, wielkiej dętki jakiegoś ciągnika czy ciężarówki, w zbudowanej przez ojca domowej wersji dmuchanego zamku – ukłon w stronę angielskich korzeni ich matki. Wyprawy na ostry dyżur były sprawą całej rodziny, bardziej niż wymuszane przez ojca poczucie wspólnoty. Przerażenie rannej, niepokój towarzyszących jej osób, ale potem i tak wszyscy szli na lody do Mr G, więc w sumie się opłacało.
Nie tak wyobrażałam sobie powrót do domu, pomyślała, leżąc w ciemnościach, pozwalając, aby ogarnęła ją litość nad samą sobą jej stara przyjaciółka.
A więc myślała o powrocie. Wiedziała, że wróci, chociaż nie akurat dzisiaj. Kiedyś, w końcu, na własnych warunkach, nie dlatego, że ktoś ją zmusił. Trzy dni temu z takim trudem uzyskany ład życia rozsypał się bez ostrzeżenia, straciła nad nim panowanie, dokładnie jak nad swoim groszkowym valiantem. Samochód zachowywał się, jakby miał duszę i pchał ją na północ, mijała dawne punkty orientacyjne, ku chwili, której ona sama nie wybrała. U wyjazdu z I-70, kiedy zdawało się, że tak łatwo skręcić na zachód, właśnie tam, gdzie pierwotnie się kierowała, żeby uniknąć wykrycia, samochód skręcił w prawo i zatrzymał się, sam z siebie. Książę Waleczny przewiózł ją większość drogi do domu, starając się wplątać w zrobienie tego, co należało zrobić. To właśnie dlatego wymsknęło jej się to nazwisko. Przez wypadek, a może przez ranę głowy, wydarzenia ostatnich trzech dni albo obawę o tamtą małą dziewczynkę w samochodzie.
