W sierpniu następnego roku Ruth, zamiast czekać na atak niemoty, oznajmiła swoim klientom i przyjaciołom, że zamierza zupełnie zamilknąć na cały tydzień.

– To coroczny rytuał – mówiła. – Żebym mogła wyostrzyć wyczucie słowa i jego roli.

Jeden z jej klientów, psychoterapeuta i zwolennik New Agę, uznał to dobrowolne milczenie za “cudowny proces" i postanowił pójść w ślady Ruth, by później włączyć ich wspólne doświadczenia do rozdziału o dynamice w rodzinie dysfunkcyjnej albo milczeniu jako terapii.

Odtąd owa przypadłość została podniesiona do rangi usankcjonowanego dorocznego wydarzenia. Ruth przestawała mówić na dwa dni przed utratą głosu. Gdy Art zaproponował jej, by spróbowali się porozumiewać za pomocą języka migowego, uprzejmie odmówiła. Zaczęła traktować swą niemotę nie jak chorobę czy tajemnicę, lecz jak akt woli. Właściwie spodobał jej się nawet krótki odpoczynek od mowy; przez cały tydzień nie musiała pocieszać klientów, przypominać Artowi o umówionych spotkaniach, przypominać jego córkom, by były ostrożne, nie miała też wyrzutów sumienia, że nie dzwoni do matki.

Nadszedł dziewiąty rok. Ruth, Art i dziewczynki pojechali spędzić Dni bez Mowy – bo tak je nazywali – nad oddalone o dwieście mil jezioro Tahoe. Ruth wyobrażała sobie, jak wszyscy czworo, trzymając się za ręce, idą nad rzekę Truckee, by z niemym podziwem oglądać deszcz meteorów. Okazało się jednak, że komary nie zamierzają udać się na spoczynek, a Dory piszczała ze strachu, bo zobaczyła nietoperza.

– Kto by się przejmował wścieklizną, kiedy w lesie jest pełno morderców z siekierami? – zakpiła Fia.

Kiedy schronili się w domku, dziewczynki oświadczyły, że się nudzą.



7 из 337