
– Wsiadłem tedy do tej łodzi – mówił Galahad – i odpłynąłem we mgłę, choć przyznam się wam, panie Jaskier, że serce zamierało we mnie ze zgrozy… I wyznam wam, żem wówczas zwątpił. Myślałem, że oto nastał mój koniec, zginę niechybnie w tej mgle nieprzejrzanej… I wtedy wzeszło słońce, zalśniło na wodzie jak… jak złoto… I oto widzę przed oczami mymi… Avalon. Bo to wszak jest Avalon, prawda?
– Nie – zaprzeczył Jaskier, nalewając. – To jest Schwemmland, co się tłumaczy jako "Mokradło". Pij, Galahad.
– A ten zamek… Wszakże jest to zamek Montsalvat?
– Pod żadnym pozorem. To jest Rozrog. Nigdy nie słyszałem, synku, o zamku Montsalvat. A jeśli ja o czymś nie słyszałem, to znaczy, że nic takiego nie istnieje. Zdrowie młodej pary, synku!
– Zdrowie, panie Jaskier. Ale wszakże ów król… Jest-li on Królem Rybakiem?
– Herwig? Fakt, lubi wędkować. Dawniej wolał polowania, ale odkąd okulawili go w bitwie pod Orth, nie może jeździć konno. Ale nie nazywaj go Królem Rybakiem, Galahad, raz, że to brzmi wielce głupio, a dwa, że
Herwigowi może być przykro.
Galahad milczał długo, bawiąc się pustym w połowie pucharem. Wreszcie westchnął ciężko, rozejrzał się.
– Mieli rację – szepnął. – To tylko legenda. Baśń. Fantazja. Krótko mówiąc – kłamstwo. Zamiast Avalonu, zwykłe Mokradło. I znikąd nadziei…
– Ejże – poeta trącił go łokciem w bok – nie popadaj w przygnębienie, synku. Skąd ta cholerna melancholia? Jesteś na swadźbie, baw się, pij, śpiewaj. Jesteś młody, życie przed tobą.
– Życie – powtórzył rycerz w zamyśleniu. – Jak to jest, panie Jaskier? Czy coś się zaczyna, czy coś się kończy?
Jaskier spojrzał na niego szybko i uważnie.
– Nie wiem – powiedział. – Ale jeśli ja tego nie wiem, to nikt tego nie wie. Wniosek – nic nigdy się nie kończy i nic nie zaczyna.
