
I była Triss Merigold o włosach jak październikowy kasztan.
VI
– To ty zaprosiłeś Triss Merigold?
– Nie – pokręcił głową wiedźmin, wielce rad z faktu, że mutacja naczyń krwionośnych uniemożliwia mu rumienienie się. – Nie ja. Podejrzewam Jaskra, chociaż oni wszyscy twierdzą, że o ślubie dowiedzieli się z magicznych kryształów.
– Nie życzę sobie Triss na moim ślubie!
– Dlaczego? Przecież to twoja przyjaciółka.
– Nie rób ze mnie idiotki, wiedźminie! Wszyscy wiedzą, że z nią spałeś!
– Nieprawda!
Fiołkowe oczy Yennefer zwęziły się niebezpiecznie.
– Prawda!
– Nieprawda!
– Prawda!
– No dobrze – odwrócił się ze złością. – Prawda. I co z tego?
Czarodziejka milczała przez chwilę, bawiąc się gwiazdą z obsydianu, przypiętą do czarnej aksamitki.
– Nic – powiedziała wreszcie. – Ale chciałam, żebyś się przyznał. Nigdy nie próbuj kłamać przede mną, Geralt. Nigdy.
VII
Mur pachniał mokrym kamieniem i kwaśnym zielskiem, słońce prześwietlało brunatną wodę w fosie, wydobywało ciepłą zieleń z porastającej dno moczarki i jaskrawą żółć z grążeli pływających po
powierzchni.
Zamek powoli budził się do życia. W zachodnim skrzydle ktoś strzelił okiennicą i roześmiał się. Ktoś inny słabym głosem dopraszał się soku z kiszonej kapusty. Jeden z goszczących w Rozrogu kolegów Jaskra, niewidoczny, śpiewał przy goleniu:
Za stodołą, gdzieś na płocie,
Kogut gromko pieje.
Zaraz przyjdę, mila, do cię
Tylko się odleję.
Skrzypnęły drzwi, na podwórzec wyszedł Jaskier, przeciągając się i trąc twarz.
– Jak się masz, żonkosiu – rzekł zmęczonym głosem. – Jeżeli masz zamiar zwiać, to teraz jest ostatnia okazja.
