
— Chcę mieć dom — oświadczył stanowczo Collins i wcisnął czerwony guzik.
Pojawił się człowiek w nienagannym szarym garniturze urzędnika i z pince-nez.
— Służę uprzejmie, sir — rzekł, patrząc po drzewach. — Jestem jednak zmuszony prosić o bardziej szczegółową specyfikację. Czy życzy pan sobie coś klasycznego — bungalow, ranczo, willa dwupoziomowa, dworek, zameczek lub pałac? Czy też model prymitywny typu igloo albo szałas? Jako A, może pan wymagać czegoś supernowoczesnego — może być Pół-Fronton, Nowość Rozwinięta, albo Zatopiona Miniatura.
— Coś podobnego — powiedział Collins. — Sam nie wiem. Co pan by proponował?
— Nieduży dworek — odparł tamten bez wahania. — Na ogół zaczyna się od niedużego dworku.
— Czyżby?
— Tak. Potem przeprowadzka w ciepły klimat i tam pałac.
Collins miał ochotę zadać więcej pytań, ale powstrzymał się. Wszystko szło jak po maśle. Tamci naprawdę brali go za A-legalnego właściciela Utylizatora. Nie było powodu, żeby pozbawiać ich iluzji.
— Niech pan się sam wszystkim zajmie — polecił Collins urzędnikowi.
— Naturalnie, sir — odparł tamten. — Zawsze to robię.
Przez resztę dnia Collins spoczywał na kanapie i popijał mrożone napoje, podczas gdy Towarzystwo Budowlane Maxima Olph materializowało sprzęt i stawiało mu dom.
Owocem tych działań była niewysoka budowla, licząca około dwudziestu pokoi, którą Collins ocenił jako skromną, uwzględniając okoliczności. Dom wzniesiono z materiałów najwyższej klasy, według projektów Moga z Degmy, wnętrza projektował Towige, basen — Mula, a ogród francuski — Vierien.
Do wieczora dzieło było ukończone, szczupła armia budowlanych zwinęła swój sprzęt i ulotniła się.
Collins zezwolił łaskawie, żeby szef kuchni przyrządził dla niego kolację. Następnie zasiadł w przestronnym, chłodnym salonie, aby rzecz całą przemyśleć. Przy nim, szumiąc łagodnie, przycupnął Utylizator.
