Widocznie Cordelia była ostatnio w wiejskim ogrodzie; zastanawiał się gdzie. Rozważał również, nie wiadomo czemu, czy jada wystarczająco obfite posiłki, ale natychmiast odsunął te idiotyczne myśli. Wyraźnie pamiętał, że w bukiecie były srebrne dyski miesięcznicy, trzy gałązki zimowego wrzosu, cztery pączki róży – nie wymęczone, sztywne zimowe bulwy, lecz napęczniałe pomarańczowo-żółte, delikatne jak pierwsze letnie pączki – subtelne gałązki dzikich chryzantem, pomarańczowe borowinki, a w środku, jak klejnot, jedna jasna dalia; cały bukiet otaczały szare włochate listki, które przypomniał sobie z dzieciństwa jako “zajęcze uszy". Był to wzruszający gest kogoś młodego. Starsza lub bardziej wyrafinowana kobieta nigdy by czegoś takiego nie zrobiła. Bukiet dostarczono mu wraz z liścikiem, w którym Cordelia pisała, że usłyszała o jego chorobie i przysyła mu te kwiaty z życzeniami rychłego powrotu do zdrowia. Musi ją odwiedzić albo napisać do niej i osobiście podziękować. Nie wystarczą podziękowania przez telefon, które w jego imieniu złożyła jedna z pielęgniarek zadzwoniwszy do Agencji.

To jednakże mogło poczekać, podobnie jak i inne, bardziej istotne decyzje. Najpierw musi się zobaczyć z ojcem Baddeleyem. Nie chodziło tu tylko o czysto religijne czy synowskie zobowiązania. Stwierdził, że pomimo pewnych dających się przewidzieć trudności i niezręczności ma ochotę znowu zobaczyć starego księdza. Nie sądził, by ojciec Baddeley mógł go nakłonić, choćby nieświadomie, do powrotu do pracy. Jeśli rzeczywiście chodziło o sprawę kryminalną, w co wątpił, może ją przejąć policja w Dorset. Jeśli zaś ta przyjemna wczesnojesienna słoneczna pogoda się nie załamie, Dorset będzie wyjątkowo miłym miejscem na rekonwalescencję.

Jednak ów prostokąt czystej bieli, oparty o dzbanek z wodą, dziwnie zakłócał jego spokój. Dalgliesh nie mógł oderwać odeń wzroku, jakby to był jakiś niezwykły symbol, pisemny wyrok życia. Ucieszył się, gdy pielęgniarka przyszła powiedzieć, że już skończyła dyżur, i zabrała kartkę na pocztę.



8 из 305