
Coś strasznego zdarzy się tu wkrótce.
Odgadliście to chyba, prawda?
Nie wy jedni.
— Co w nie wstąpiło? — wrzasnął Rincewind, przekrzykując hałas.
Oprawny w skórę zbiór zaklęć wystrzelił z półki i szarpnięty łańcuchem zatrzymał się w powietrzu. Bibliotekarz uchylił się, skoczył, przekoziołkował i wylądował na egzemplarzu „Discouverie Demonologie de Maleficio”, wytrwale tłukącym o pulpit.
— Uuk — powiedział.
Rincewind podparł ramieniem rozdygotany regał i kolanem wcisnął na miejsce szeleszczące woluminy. Gwar panował straszliwy.
Księgi magiczne mają coś w rodzaju własnego życia. Niektóre nawet zbyt wiele; na przykład pierwsze wydanie „Necrotelicomiconu” trzeba trzymać między żelaznymi płytami, „Prawdziwa Sztuka Lewitacyi” spędziła ostatnie sto pięćdziesiąt lat między krokwiami dachu, a „Compendyum Magji Seksu Ge Fordge’a” tkwi w kadzi z lodem, w osobnym pomieszczeniu, zaś surowa reguła stwierdza, że dzieło to mogą czytać jedynie magowie po osiemdziesiątce, w miarę możliwości martwi.
Jednak nawet całkiem zwykłe grimoire’y i inkunabuły z większości półek były niespokojne i nerwowe, jak mieszkańcy kurnika słyszący, że coś paskudnego grzebie pod drzwiami. Spod ich zamkniętych okładek dobiegało przytłumione drapanie, jakby szponów.
— Co mówiłeś? — ryknął Rincewind.
— Uuk!
