
– Ochhh!
Najbliższa jasnej czerwieni była rdzawoczerwona tafta. Nienaganna.
– Nie sądzę – powiedziała Elizabeth pannie MacTavish, kiedy po wybraniu materiału usiadły przy filiżance herbaty – żeby mój ojciec pochwalił którąkolwiek z tych kreacji. Będę w nich wyglądać, jakbym się wywyższała ponad stan.
– Twój stan – wyjaśniła dobitnie panna MacTavish – wkrótce się zmieni, i to całkowicie, Elizabeth. Wyjeżdżasz jako narzeczona mężczyzny, którego stać było na przysłanie ci tysiąca funtów. Nie możesz zabrać ze sobą tylko wełny w kratkę i gładkich brązowych płócien. Jak sądzę, czekają cię przyjaciele, bale, powozy, wizyty u żon innych bogatych mężczyzn. Twój ojciec nie powinien zatrzymywać dla siebie tak dużej części tego, co, bez wątpienia, należy do ciebie, nie do niego.
Powiedziawszy to (ponieważ koniecznie musiała wspomnieć, jakim żałosnym sknerą jest James Drummond!), panna MacTavish dolała herbaty i namówiła Elizabeth na kawałek ciasta. Taka piękna dziewczyna i tak marnuje się w Kinross!
– Tak naprawdę to nie mam ochoty jechać do Nowej Południowej Walii i wychodzić za mąż za pana Kinrossa – wyznała Elizabeth ze smutkiem.
– Bzdura! Potraktuj to jak przygodę, kochanie. Uwierz mi, nie ma w Kinross młodej kobiety, która by ci nie zazdrościła. Zastanów się nad tym. Tutaj nie znajdziesz odpowiedniego męża, spędzisz swoje najlepsze lata, opiekując się ojcem. – Jasnoniebieskie oczy krawcowej zasnuły się łzami. – Uwierz mi, wiem coś o tym. Przez wiele lat zajmowałam się matką póki nie umarła, a potem nie miałam już żadnych szans na zamążpójście. – Nagle westchnęła i uśmiechnęła się od ucha do ucha. – Alexander Drummond! Dobrze go pamiętam. Uciekł, gdy miał zaledwie piętnaście lat, ale już wtedy nie było w Kinross kobiety, która by go nie zauważyła.
Elizabeth zamarła w bezruchu. Nagle zdała sobie sprawę, że w końcu znalazła kogoś, kto może jej coś powiedzieć o przyszłym mężu. W przeciwieństwie do Jamesa Duncan Drummond miał tylko dwoje dzieci – Winifredę i Alexandra.
