
– Wcale nie jest tu najgorzej – powiedziała Mary, rozglądając się wokół siebie. – Siedzenia są wyściełane, a ty masz pled, dzięki czemu nie będzie ci zimno.
– Nie zazdroszczę pasażerom trzeciej klasy – dorzucił Alastair, wciskając do lewej rękawiczki Elizabeth dwa maleńkie kartoniki. – Nie zgub ich, to kwity na twoje kufry, które spoczywają bezpiecznie w przedziale towarowym.
Potem wsunął jej do drugiej rękawiczki pięć złotych monet.
– Od ojca – wyjaśnił z uśmiechem. – Zdołałem go przekonać, że nie możesz jechać na drugi kraniec świata z pustą portmonetką, ale kazał ci powiedzieć, żebyś nie straciła ani ćwierci pensa.
W końcu pojawili się zadyszani Watsonowie. Oboje byli wysocy, kościści i mieli na sobie zniszczone ubrania, co wskazywało, że pięćdziesiąt funtów Elizabeth uratowało ich przed horrorem w postaci trzeciej klasy i umożliwiło stosunkowo komfortową podróż, jaką zapewniała druga klasa. Sprawiali wrażenie miłych, chociaż Alastair zmarszczył nos, ponieważ w oddechu pana Watsona wyczuł alkohol.
Po gwizdku ludzie odsunęli się od okien wagonów, rozległy się pożegnalne nawoływania, popłynęły łzy, wymieniano ostatnie uściski i machano rękami tym, którzy stali na peronie. Przy akompaniamencie głośnych posapywań i wybuchów, w obłokach pary nocny pociąg do Londynu szarpnął raz i drugi, a potem ruszył przed siebie.
Tak blisko, a jednocześnie tak daleko – pomyślała Elizabeth, czując, że kleją jej się oczy; moja siostra, od której wszystko się zaczęło, mieszka na Princess Street, mimo to Alastair i Mary muszą wynająć pokój w przystacyjnym hotelu i wrócą do Kinross, nawet jej nie zobaczywszy. „Nie przyjmuję nikogo” – napisała w krótkiej notce Jean.
