
– Czy Alexander napisał coś jeszcze? – spytała, gdy James nalewał sobie drugą filiżankę herbaty.
– Niewiele. Nie jest zbyt wylewny, jak wszyscy Drummondowie. – James prychnął. – Też mi Drummond! Zresztą wcale już się tak nie nazywa, chociaż aż trudno w to uwierzyć. Gdy był w Ameryce, zmienił nazwisko na Kinross. W związku z tym nie będziesz panią Alexandrową Drummondową, tylko panią Alexandrową Kinrossową.
Elizabeth nawet nie próbowała protestować przeciwko arbitralnej decyzji, która dotyczyła jej przyszłości; nie sprzeciwiła się jej również nieco później, gdy była już w stanie spojrzeć na wszystko z większym spokojem. Jakakolwiek myśl o tym, że mogłaby sprzeciwić się ojcu w tak ważnej sprawie, była bardziej przerażająca niż wszystko, co dziewczyna potrafiła sobie wyobrazić – z wyjątkiem nagany wielebnego Murraya. To wcale nie znaczyło, że Elizabeth Drummond brakowało odwagi czy charakteru; raczej wynikało z faktu, że jako najmłodsze, pozbawione matki dziecko przez całe życie była tyranizowana przez dwóch okropnych starców: ojca i pastora.
– Kinross to nazwa naszego miasta i hrabstwa, nie klanu – zauważyła.
– Śmiem twierdzić, że miał powód, by zmienić nazwisko – powiedział James z niezwykłą jak na niego tolerancją, sącząc drugą herbatę.
– Ma na sumieniu jakieś przestępstwo, ojcze?
– Wątpię. Gdyby miał, nie występowałby tak oficjalnie. Alexander zawsze był nieustępliwy i bardzo ambitny. Twój stryj, Duncan, próbował mu to wybić z głowy, ale bez skutku. – James ciężko westchnął. – Zaproponuję Alastairowi i Mary, żeby się do mnie wprowadzili. W zamian za to, gdy przeniosę się na tamten świat, odziedziczą po mnie niewielką sumkę.
– Niewielką sumkę?
– Taak. Alexander przysłał pieniądze na pokrycie kosztów twojej podróży do Nowej Południowej Walii. Tysiąc funtów.
Otworzyła szeroko usta.
– Tysiąc funtów?
– Przecież słyszysz! Tylko niech ci się od tego nie przewróci w głowie, dziewczyno.
