Co było powodem nagłego ochłodzenia się przyjaźni królów i czarodziejów, tego Aplegatt nie wiedział i nie obchodziło go to zbytnio. Tak królowie, jak i magicy byli w jego opinii istotami niepojętymi, nieobliczalnymi w czynach — zwłaszcza gdy czasy robiły się trudne. A tego, że szły trudne czasy, nie sposób było nie zauważyć, przemierzając kraj od grodu do grodu, od zamku do zamku, od królestwa do królestwa.

Na drogach pełno było wojska. Co krok natykało się na kolumny piechoty lub jazdy, a każdy napotkany komendant był zdenerwowany, przejęty, opryskliwy i tak ważny, jakby los całego świata od niego jednego zawisł. Również grody i zamki pełne były zbrojnego ludu, dzień i noc trwała tam gorączkowa bieganina. Niewidoczni zwykle burgrabiowie i kasztelani teraz bez ustanku latali po murach i dziedzińcach źli niczym osy przed burzą, darli się, klęli, wydawali rozkazy, rozdawali kopniaki. Ku twierdzom i garnizonom dniem i nocą ciągnęły ociężale kolumny wyładowanych wozów, mijając kolumny wracające, jadące szybko, leciutko i pusto. Pyliły gościńce pędzone wprost ze stadnin tabuny rozbrykanych trzylatków. Niezwyczajne ni wędzidła, ni zbrojnego jeźdźca koniki wesoło korzystały z ostatnich dni swobody, dostarczając koniuchom mnóstwo dodatkowego zajęcia, a innym użytkownikom dróg niemało kłopotów.

Krótko mówiąc, w upalnym, nieruchomym powietrzu wisiała wojna.

Aplegatt uniósł się w strzemionach, rozejrzał. W dole, u stóp wzgórza, błyskała rzeka, ostro meandrując wśród łąk i kęp drzew. Za rzeką, na południu, rozciągały się lasy. Goniec popędził konia. Czas naglił.

Był w drodze od dwóch dni. Rozkaz królewski i poczta dopadły go w Hagge, gdzie wypoczywał po powrocie z Tretogoru.



3 из 306