
— Powtarzam, nie drwij ze mnie. Nie wierzę, żebyś nie działał dla zysku. Nie wierzę, żeby nie kryły się za tym…
— Mało mnie obchodzi, w co wierzysz. Nie będzie żadnej umowy. I żadnych procentów. Określ wysokość honorarium za zebranie informacji.
— Każdego innego — zakasłał Codringher — wyrzuciłbym za drzwi, pewnym będąc, że próbuje mnie wykiwać. Ale do ciebie, anachroniczny wiedźminie, dziwnie jakoś pasuje szlachetna i naiwna bezinteresowność. To w twoim stylu, to wspaniale i patetycznie staromodne… dać się zabić za darmo…
— Nie traćmy czasu. Ile, Codringher?
— Drugie tyle. Razem pięćset.
- Żałuję — Geralt pokręcił głową — ale nie stać mnie na taką sumę. Przynajmniej nie w tej chwili.
— Ponawiam propozycję, którą już ci kiedyś złożyłem, na początku naszej znajomości — powiedział wolno adwokat, wciąż bawiąc się gwiazdą. - Przyjmij pracę u mnie, a będzie cię stać. Na informacje i na inne luksusy.
— Nie, Codringher.
— Dlaczego?
— Nie zrozumiesz.
— Tym razem ranisz nie moje serce, lecz dumę zawodową. Bo pochlebiam sobie mniemając, że z reguły wszystko rozumiem. U podstaw naszych zawodów leży skurwysyństwo, ale ty jednak ciągle wolisz anachroniczne od nowoczesnego.
Wiedźmin uśmiechnął się.
— Brawo.
Codringher znowu zaniósł się kaszlem, otarł wargi, spojrzał na chustkę, potem podniósł żółtozielone oczy.
— Zapuściłeś żurawia w listę magiczek i magików, która leżała na pulpicie? W spis potencjalnych mocodawców Rience'a?
— Zapuściłem.
— Nie dam ci tej listy, dopóki nie sprawdzę dokładnie. Nie sugeruj się tym, co podpatrzyłeś. Jaskier powiedział mi, że Filippa Eilhart prawdopodobnie wie, kto stoi za Rience'em, ale tobie poskąpiła tej wiedzy. Filippa nie ochraniałaby byle pętaka. Za tym draniem stoi więc jakaś ważna figura.
Wiedźmin milczał.
