Była naprawdę zmartwiona, kiedy ruszył do drzwi.

— Ty wrócić? — zapytała.

— Pewnie, że wrócę — obiecał. — I przyniosę ze sobą beczułkę.

— Byle przed zmrokiem — poprosiła.

— Może tak, a może i nie. Co za różnica?

— Po zmroku wszyscy czerwoni jak ja, poza fortem.

— Ach tak… — mruknął Hooch. — Dobrze, spróbuję wrócić przed zmrokiem. A jeśli nie, będę o tobie pamiętał. Mogę zapomnieć twoją twarz, ale zapamiętam ręce. To była bardzo przyjemna kąpiel.

Uśmiechnęła się groteskową imitacją prawdziwego uśmiechu. Hooch nie mógł zrozumieć, dlaczego Czerwoni już dawno nie wymarli, skoro ich squaw są takie brzydkie. Ale jeśli człowiek trochę przymknie oczy, sąuaw zupełnie wystarczy, póki się nie wróci do normalnych kobiet.

Harrison zbudował nie tylko nową rezydencję. Dodał też spory kawałek palisady, tak że fort urósł prawie dwukrotnie.

A wzdłuż całej palisady biegł solidny parapet. Harrison był gotów do wojny. Hooch zaniepokoił się nie na żarty. W czasie wojny handel whisky nie szedł zbyt dobrze. Czerwoni, którzy walczyli w bitwach, nie byli tymi, którzy pili alkohol. Hooch tak często widywał ten drugi ich rodzaj, że prawie zapomniał o istnieniu pierwszego. Zauważył też działo. Nie, dwa działa. Stanowczo wyglądało to groźnie.

Harrison nie urządził sobie biura w rezydencji. Mieściło się w innym, całkiem nowym budynku sztabowym. Gabinet Harrisona zajmował południowo-zachodni róg, gdzie jest najwięcej światła. Hooch zauważył, że — oprócz zwykłego oddziału żołnierzy na warcie i grupy zajętych papierami oficerów — w budynku sztabu siedzi albo leży kilku Czerwonych. Oczywiście, to oswojeni Czerwoni Harrisona — zawsze trzymał paru pod ręką.



10 из 295