
To oznaczał salut sierżanta. Przepowiadał przyszłość Hoocha.
Hooch zszedł na brzeg.
— Rozładujemy tutaj, panie Hooch — powiedział sierżant.
— Mam listę przewozową — odparł Hooch. — Więc niech twoi chłopcy nie próbują czegoś ściągnąć. Chociaż, sam nie wiem skąd, jest tam chyba beczułka dobrej żytniej whisky, której jakoś nie policzyliśmy. Założę się, że nikt nie zauważy jej zniknięcia.
— Będziemy bardzo ostrożni, proszę pana — zapewnił sierżant, ale uśmiechał się tak szeroko, że pokazywał tylne zęby.
Hooch wiedział, że sierżant znajdzie jakiś sposób, żeby zachować dla siebie większą część tej dodatkowej beczułki. Jeśli jest głupi, po trochu sprzeda tę whisky Czerwonym. Nie wzbogaci się na połowie beczułki. Nie, jeśli sierżant jest sprytny, podzieli się swoją połową — szklaneczka po szklaneczce — z oficerami, którzy mogą dać mu awans. A po pewnym czasie ten sierżant nie będzie już wychodził na brzeg przyjmować krypy. O nie, będzie siedział w kwaterach oficerskich, z piękną żoną w sypialni i dobrą stalową szablą u boku.
Hooch nigdy by tego sierżantowi nie powiedział. Uważał, że jak ktoś nie ma dość rozumu, żeby robić co należy, to tłumaczenie nie pomoże. A jeśli ma dość rozumu, nie potrzebuje, żeby mu handlarz whisky mówił, co powinien robić.
— Gubernator Harrison chce pana widzieć — oznajmił sierżant.
— A ja chcę widzieć jego — odparł Hooch. — Ale najpierw muszę się wykąpać, ogolić i przebrać.
