
— Czy jest pan pewien, że jestem tym człowiekiem, o którego panu chodzi? — upewnił się Perceveral.
Haskell rzucił okiem na teczkę osobową, leżącą na jego biurku.
— Zaraz sprawdzimy. Anton Perceveral, lat trzydzieści cztery, rodzice: Gregory James Perceveral i Anita Swaans Perceveral, zamieszkały w Laketown, w stanie New Jersey. Zgadza się?
— Tak — przytaknął Perceveral. — I ma pan dla mnie pracę?
— W rzeczy samej.
— Za którą dostanę dwadzieścia tysięcy rocznie i dodatki?
— Dokładnie.
— Czy może mi pan powiedzieć, co to za praca?
— Po to się właśnie spotkaliśmy — odparł radośnie Haskell. — Otóż praca, o jakiej myślę dla pana, panie Perceveral, w naszym katalogu nazywa się „zwiadowca pozaziemski”.
— Słucham?
— Zwiadowca pozaziemski czyli badacz obcych planet — wyjaśnił Haskell. — Zwiadowcy, jak pan wie, to tacy ludzie, którzy jako pierwsi nawiązują kontakt z nieznanymi planetami, pierwsi osadnicy, którzy zbierają dla nas podstawowe informacje. Uważam ich za Drake’ów i Magel tanów naszej epoki. Jest to, jak sam pan chyba przyzna, doskonała szansa.
Perceveral wstał, z twarzą czerwoną jak burak. — Jeśli skończył pan już te żarty, pozwolę sobie wyjść.
— Słucham?
— Ja miałbym być zwiadowcą pozaziemskim? — spytał Perceveral, śmiejąc się gorzko. — Proszę sobie ze mnie nie kpić. Czytuję gazety i wiem, jacy ludzie zostają odkrywcami.
— No, jacy?
— Najlepsi na Ziemi — odparł Perceveral. Najdoskonalsze umysły w najwspanialszych ciałach. Ludzie o niezwykłym refleksie, potrafiący rozwiązać każdy problem, poradzić sobie w każdej sytuacji, przystosować się do życia w każdym środowisku. Czyż nie tak?
— No cóż — stwierdził Haskell — tak to było w początkowym okresie badań planetarnych. I pozwoliliśmy, aby ten stereotyp nadal funkcjonował publicznie, dla podtrzymania zaufania. Ale ten typ zwiadowcy już się przeżył. Jest całe mnóstwo zajęć dla ludzi takich, jakich pan opisał. Ale nie badania Kosmosu.
