Wstrząsnął się, żeby sobie samemu udowodnić, jak mało go to wszystko obchodzi, a następnie wyrzucił niedopałek papierosa na trawnik, gdzie zgasiła go rosa. Raz jeszcze wciągnął w płuca pachnące liśćmi powietrze i wszedł do domu.

— Nie zamykaj, John — głos dochodził z ciemnego tunelu krzewów ciągnącego się wzdłuż podjazdu. — Przyszedłem po moją żonę. Zapomniałeś już?

— Kto to? — Breton wyrzucił z siebie pytanie w momencie, gdy wysoka męska postać zbliżyła się do światła, ale zdążył już poznać głos. Anonimowy rozmówca telefoniczny. Poczuł falę zaprawionej konsternacją złości.

— Jeszcze nie wiesz, John? — Nieznajomy zbliżył się i zaczął wchodzić na schodki. Światło nad drzwiami oświetliło go w pewnym momencie bardzo dokładnie. Breton — osłupiały z potwornego i niewytłumaczalnego lęku — stwierdził, że spogląda we własną twarz.

II

Jack Breton, zbliżając się po schodkach do człowieka nazwiskiem John Breton, czuł, jak mu lekko drżą nogi.

Może to wynikać stąd, zadecydował, że ponad godzinę siedział przykucnięty w ciemnym, konspiracyjnym gąszczu krzewów. Ale znacznie bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem byłoby to, że bał się spotkania z Kate. Doszedł do wniosku, że ani dokładne przemyślenie sprawy, ani próba przygotowania się psychicznego nie zamortyzuje siły zderzenia. Dźwięk jej głosu, kiedy żegnała gości, uderzył w jego system nerwowy potężną symfonią, budząc odzew zarówno w jego istocie jako całości, jak i w jej poszczególnych atomach. Kocham cię — szeptała każda cząsteczka jego ciała, nadając to posłanie milionami enzymatycznych kanalików. Kocham cię, Kate.

— Kim pan jest? — zapytał go obcesowo John Breton. — Czego pan chce? — Stał dokładnie na drodze Jacka Bretona, z twarzą, która w świetle wiszącej nad jego głową żarówki przypominała pociemniałą groźną maskę.



18 из 141