
— Proszę albo powiedzieć, o co panu chodzi — uciął krótko — albo odłożyć słuchawkę.
— Ale nie masz powodu się złościć, John, chętnie zrobię i jedno, i drugie. Zadzwoniłem po prostu, żeby się upewnić, czy jesteście z Kate w domu, bo mam zamiar przyjść. A teraz odkładam słuchawkę.
— Chwileczkę — warknął Breton, zdając sobie sprawę, że nieznajomy za bardzo działa mu na nerwy. — W dalszym ciągu nie powiedział pan, o co właściwie chodzi.
— O moją żonę oczywiście — odparł uprzejmie głos. — Żyjesz z moją żoną już prawie dziewięć lat, więc przyszedłem, żeby ją zabrać.
W słuchawce rozległ się trzask, a następnie bezczelne buczenie. Breton kilka razy stuknął w widełki i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że działa według zaszczepionego mu przez stare filmy wyświechtanego stereotypu i że jak już dzwoniący przerwie połączenie, żadne stukanie w widełki go nie przywróci. Klnąc pod nosem odłożył słuchawkę i przez kilka sekund stal w miejscu niezdecydowany.
Ktoś mu robi głupie kawały, ale kto?
Znał właściwie tylko jednego zawołanego kawalarza; był nim Carl Tougher, geolog z biura inżynieryjnego Bretona. Ale kiedy widział Toughera ostatni raz, a miało to miejsce po południu w biurze, geolog siedział ponuro i pocił się nad problemem, jaki powstał w trakcie pomiarów, które przeprowadzało ich przedsiębiorstwo wyznaczając teren pod zakłady cementowe w okolicy Silverstream. Breton nigdy chyba nie widział go bardziej zatroskanego i mniej skłonnego do żartów, zwłaszcza obfitujących w takie niezręczne momenty. Sama rozmowa nie miała znaczenia oczywiście — i nic dziwnego biorąc pod uwagę mentalność telefonicznych kawalarzy — ale były w niej jakieś niepokojące podteksty. Na przykład dziwne rozbawienie, z jakim facet zauważył, że Breton nie nazywa się już Jack. Zaczął używać oficjalnej wersji swojego imienia ze względów prestiżowych w okresie, kiedy rozkręcał swoje interesy, ale to już było wiele lat temu, a zresztą… — na samą myśl o tym ogarniała go wściekłość — co to kogo obchodzi, w końcu jego sprawa. Jednocześnie gdzieś w najtajniejszych zakamarkach duszy nigdy nie pogodził się z tą zmianą i odniósł wrażenie, że nieznany rozmówca przejrzał go na wylot i dotknął czułej struny.
