
— Nie wiem. jak mam to panu powiedzieć, panie Breton — zaczął wolno Convery. Miał pełną opaloną twarz i maleńki nos, który ledwie było widać pomiędzy szeroko rozstawionymi, błękitnymi oczyma.
— A o co chodzi, poruczniku?
— Chodzi o pańską żonę. Szła sama w nocy przez park i została napadnięta.
— Napadnięta? — Breton poczuł, jak się pod nim uginają nogi. — Ale gdzie ona jest teraz? Czy nic jej się nie stało?
Convery potrząsnął głową.
— Bardzo mi przykro, panie Breton, ale pańska żona nie żyje.
Breton opadł na krzesło, a cały wszechświat wokół niego zaczął się unosić i kurczyć jak komory ogromnego, nagle obnażonego serca. To moja wina, pomyślał. To ja zabiłem moją żonę. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że drugi wywiadowca bierze Convery’ego na stronę i coś mu szepcze do ucha. W chwilę później porucznik powiedział:
— Mój kolega zwrócił mi uwagę, panie Breton, że wyraziłem się zbyt pochopnie. Oficjalnie powinienem był zawiadomić pana, że znaleziono ciało kobiety, która, sądząc z dokumentów, może być pańską żoną, ale spraw oczywistych nie lubię owijać w bawełnę. Wobec tego, żeby formalności stało się zadość: czy ma pan jakiś powód sądzić, że ciało kobiety lat około dwudziestu pięciu, wysokiej, o włosach czarnych z jasnymi pasemkami, w srebrnoblękitnej sukni koktajlowej, które znaleźliśmy w pobliżu wejścia do parku miejskiego od strony Pięćdziesiątej Alei, nie jest ciałem pańskiej żony?
— Nie mam żadnego powodu tak sądzić. Dziś wieczór wyszła z domu tak właśnie ubrana. — Breton zamknął oczy. To moja wina; to ja zabiłem moją żonę. — Puściłem ją samą.
— Mimo to musimy mieć formalną identyfikację. Jeśli pan sobie życzy, jeden z funkcjonariuszy zawiezie pana do kostnicy.
— Nie potrzeba — odparł Breton. — Tyle mogę zrobić sam.
Szuflada chłodni wysunęła się gładko na dobrze naoliwionych łożyskach kulkowych i na ten widok Bretonowi przyszła do głowy dziwna myśl: dobre urządzenie. Spojrzał na zimną uśpioną twarz Kate i na kryształki rosy ułożone w luki wyznaczone linią jej brwi. Zupełnie mimo woli wyciągnął prawą rękę, żeby jej dotknąć, ale zobaczył czarne obwódki smaru za własnymi paznokciami i zatrzymał rękę w pół ruchu. Ty jesteś bez skazy.
