Pozapalał światła w całym domu, odświeżył się trochę, przebrał i właśnie wychodził, kiedy z lekka obdrapany samochód wjechał przez bramę i zbliżył się zaśnieżonym podjazdem. Otworzyły się drzwi obok kierowcy i wysiadła Hetty Calder. Z wyraźnym niesmakiem spojrzała na śnieg i mściwie strząsnęła na niego popiół z papierosa.

— Wychodzisz? Przyjechaliśmy z Harrym, żeby się dowiedzieć, czy nie potrzebujesz czegoś.

— Owszem. — Breton był zdumiony, jak wielką przyjemność sprawił mu widok jej tęgiej, odzianej w tweed figury. — Chciałbym was zaprosić na kolację. Będzie mi bardzo miło zjeść ją w waszym towarzystwie.

Usiadł z tyłu i krótko przywitał się z Harrym Calderem, łysiejącym molem książkowym około pięćdziesiątki. Obszerne tylne siedzenie zawalone torbami pełnymi sprawunków, szalikami i pismami przywróciło Bretonowi poczucie bezpieczeństwa wynikające ze znalezienia się w normalnym, zwykłym otoczeniu. Kiedy jechali przez miasto, oglądał przedświąteczne wystawy sklepowe, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły, tak żeby nie pozostało miejsca na myśl o Kate.

— Jak się teraz czujesz, Jack? — Hetty obejrzała się do tyłu na śmietnik, w którym królował Breton. — Nie wyglądałeś najlepiej, jak cię zostawiałam samego.

— Tak, rzeczywiście, czułem się wtedy nienadzwyczajnie, ale teraz jest już wszystko w porządku.

— A co ci było? — nalegała Hetty.

Breton zawahał się, po czym tytułem próby postanowił powiedzieć prawdę.

— Jeśli mam być szczery, miałem kłopoty ze wzrokiem. Przed prawym okiem latały mi jakieś takie kolorowe światełka.

Zupełnie nieoczekiwanie Harry Calder odwrócił się i cmoknął ze współczuciem.

— Tęczowe zygzaki, tak? Czuję, że następny.

— Następny? Co chcesz przez to powiedzieć, Harry?



33 из 141