
— Wychodzisz? Przyjechaliśmy z Harrym, żeby się dowiedzieć, czy nie potrzebujesz czegoś.
— Owszem. — Breton był zdumiony, jak wielką przyjemność sprawił mu widok jej tęgiej, odzianej w tweed figury. — Chciałbym was zaprosić na kolację. Będzie mi bardzo miło zjeść ją w waszym towarzystwie.
Usiadł z tyłu i krótko przywitał się z Harrym Calderem, łysiejącym molem książkowym około pięćdziesiątki. Obszerne tylne siedzenie zawalone torbami pełnymi sprawunków, szalikami i pismami przywróciło Bretonowi poczucie bezpieczeństwa wynikające ze znalezienia się w normalnym, zwykłym otoczeniu. Kiedy jechali przez miasto, oglądał przedświąteczne wystawy sklepowe, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły, tak żeby nie pozostało miejsca na myśl o Kate.
— Jak się teraz czujesz, Jack? — Hetty obejrzała się do tyłu na śmietnik, w którym królował Breton. — Nie wyglądałeś najlepiej, jak cię zostawiałam samego.
— Tak, rzeczywiście, czułem się wtedy nienadzwyczajnie, ale teraz jest już wszystko w porządku.
— A co ci było? — nalegała Hetty.
Breton zawahał się, po czym tytułem próby postanowił powiedzieć prawdę.
— Jeśli mam być szczery, miałem kłopoty ze wzrokiem. Przed prawym okiem latały mi jakieś takie kolorowe światełka.
Zupełnie nieoczekiwanie Harry Calder odwrócił się i cmoknął ze współczuciem.
— Tęczowe zygzaki, tak? Czuję, że następny.
— Następny? Co chcesz przez to powiedzieć, Harry?
