
— Jak się masz, John. Co się stało? — Tym razem natychmiast poznał głos Carla Toughera.
— Carll — Breton opadł na krzesło i wyciągnął rękę po papierosy. — Dzwoniłeś może wcześniej? Z pół godziny temu?
— Nie… byłem zbyt zajęty.
— Na pewno?
— Ale o co ci właściwie chodzi, John? Mówiłem przecież, że byłem zajęty, są cholerne kłopoty z tym Silverstream.
— Nie wychodzą pomiary?
— Właśnie. Zrobiłem dziś rano na wyznaczonym terenie serię ośmiu przypadkowych odczytów, a po lunchu sprawdziłem je innym grawimetrem. Z tego, co wiem, cały ten pomiar, jaki wykonaliśmy w ubiegłym miesiącu, jest kompiętnie do kitu. Te nowe wartości są mniej więcej o dwadzieścia miligali niższe, niż być powinny.
— O dwadzieścia! To by oznaczało podłoże o niższej gęstości, niż przypuszczaliśmy. To by mogło znaczyć, że…
— Sól po prostu — przerwał mu Carl. — Czy mógłbyś wmówić klientowi kopalnie soli zamiast fabryki cementu?
Breton włożył papierosa do ust i zapalając go zastanawiał się, dlaczego świat wybrał sobie właśnie ten wieczór, żeby stanąć na głowie.
— Posłuchaj, Carl, można by dwojako interpretować te niezgodności. Albo, tak jak mówisz, wapień, który stanowi tam podłoże, w ciągu nocy zamienił się w sól, a to — zgodzisz się chyba ze mną — możemy wykluczyć od razu albo oba nasze grawimetry są nie skomparowane. Tak?
— No chyba tak — odparł Tougher znużony.
— Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wypożyczyć Jutro dwa nowe instrumenty i powtórzyć pomiary.
— Przypuszczałem, że tak powiesz. A czy ty sobie zdajesz sprawę, John, ile ja dzisiaj obleciałem mil kwadratowych? Czuję się tak, jakbym obszedł na piechotę cały stan Montana.
— Ja z tobą pójdę — powiedział Breton. — Przyda mi się trochę ruchu. Trzymaj się, do jutra, Carl.
— Tak, do jutra. Ale, John, zapomniałeś o trzeciej możliwości.
