
Kiedy winda wypuściła go na dwudziestym piętrze, Childan ćwiczył w myśli ukłon, przygotowując się na wejście do biura pana Tagomi.
3
Spojrzawszy w górę, Juliana Frink ujrzała świetlisty punkt zataczający łuk na przedwieczornym niebie i niknący na zachodzie. Jeden z tych nazistowskich statków rakietowych, pomyślała. Leci na Wybrzeże. Pełen grubych ryb. A ja jestem tutaj, na dole. Pomachała, chociaż statku, oczywiście, nie było już widać.
Wydłużały się cienie Gór Skalistych. Na ciemnogranatowych szczytach zapadała noc. Powolny klucz przelotnych ptaków leciał równolegle do pasma gór. Tu i ówdzie samochody włączyły już światła; zobaczyła podwójne błyski na autostradzie. Inne światła też. Gazownia. Domy.
Już od kilku miesięcy mieszkała tutaj, w Canon City w Colorado. Była instruktorką dżudo. Skończyła pracę i szykowała się do wejścia pod prysznic. Czuła zmęczenie. Wszystkie kabiny były zajęte i czekała w chłodzie, na dworze, ciesząc się spokojem i aromatem górskiego powietrza. Jedynym dźwiękiem był lekki szmer dobiegający z baru, znajdującego się niżej, na skraju autostrady. Zaparkowały tam dwie wielkie dieslowskie ciężarówki i w mroku widać było kierowców wciągających skórzane kurtki przed wejściem do pawilonu.
Pomyślała: Diesel, zdaje się, wyskoczył z okna swojej kajuty. Popełnił samobójstwo, topiąc się podczas podróży morskiej. Może i ja powinnam zrobić coś takiego? Wprawdzie tu nie ma morza. Ale zawsze jest jakiś sposób. Jak u Szekspira. Szpilka wbita przez koszulę i żegnaj, Frink. Dziewczyna, która nie boi się bezdomnych włóczęgów z pustyni. Idzie wyprostowana, świadoma wszystkich wrażliwych punktów na ciele szpakowatego, śliniącego się przeciwnika. Umrzeć nałykawszy się spalin samochodowych w miasteczku przy autostradzie, na przykład przez długą słomkę.
