I tak, na przykład, w czasie jednego z potężnych huraganów wiatr uderzył w budowlę, która się zapadła, grzebiąc pod sobą ponad czterystu ludzi. Jeśli to tylko było możliwe, unikał widoku pojazdów w biegu, choć jak na razie nie przyszło mu do głowy, aby życzyć pasażerom złamania karku. Gdyby jednak doszło do jakiejś katastrofy — a to przecież zawsze było możliwe — niechętnie pogodziłby się z myślą przegapienia takiego widowiska. Max ciągle patrzył się w wąwóz. „Tomahawk” powinien nadejść lada moment.

Wreszcie srebrny pas zalśnił, płonący cylinder ze stalowym nosem wystrzelił w górę, przeleciał przez ostatni pierścień i zawisł na moment między grzbietami gór. Wśród skał potoczyło się echo. Max gwałtownie westchnął.

— Chłopcze, chłopcze, ejże … — wymruczał.

Ten niewiarygodny widok oraz gwałtowny wstrząs, który targnął bębenkami uszu za każdym razem wydawały się być nowym, nieznanym dotychczas doświadczeniem grozy.

Wyprostował się i otwarł książkę, przyjmując jednak taką pozycję, aby nie tracić z oczu północno-zachodniego skraju nieba. Ponieważ wieczór był jasny, a powietrze nadzwyczaj przejrzyste, siedem minut po starcie „Tomahawk’a” można było dostrzec codzienny transport z Księżyca.

I chociaż wszystko działo się znacznie dalej, a zatem dramatyzm chwili nie był aż tak przejmujący, głównie dlatego tu przyszedł, aby być świadkiem tego wydarzenia.

Koliste transportery przykuwały uwagę, owszem, lecz jego miłość skupiła się na statkach gwiezdnych — nawet na tych śmiesznie małych łódeczkach, które obsługiwały króciutką trasę Księżyc — Ziemia. Właśnie znalazł odpowiedni fragment z opisem inteligentnych, lecz nadzwyczaj flegmatycznych skorupiaków z Epsilonu Zety IV, gdy z lektury wyrwał go czyjś okrzyk.

— Hallo, Maxi …

Zachował absolutną ciszę i nie odpowiedział na wezwanie.

— Max … przecież cię widzę! Max … masz natychmiast podejść tutaj, na to miejsce, rozumiesz?



2 из 212