
— Ani kroku dalej! — krzyknął jeden z mężczyzn. Mógł mieć około pięćdziesiątki, był wysoki i wręcz nieprawdopodobnie chudy. Twarz miał nieprzyjemną, pokrytą siecią zmarszczek. Jego stalowoniebieskie oczy zdawały się przewiercać Dantona na wylot. Lufę karabinu wycelował prosto w jego pierś. Drugi mężczyzna miał szeroką twarz, był niewysoki, krępy i bardzo mocno zbudowany.
— Coś nie tak? — zapytał Danton zatrzymując się. — Jak się nazywasz?
— Edward Danton.
— Ja jestem Simeon Smith — powiedział mężczyzna o pomarszczonej twarzy — komendant wojskowy „Drużyny Huttera”, a to Jedekiah Franker, mój zastępca. Jakim cudem mówisz po angielsku?
— Zawsze mówiłem po angielsku — wyjaśnił Danton. Zrozum, ja…
— Gdzie reszta?
— Nie ma żadnej reszty, jestem tylko ja. — Wszystkie iluminatory statku wypełnione były twarzami mężczyzn i kobiet. — Zebrałem trochę tego dla was — powiedział Danton wskazując na stertę owoców. — Myślałem, że po tak długim locie będziecie mieli ochotę przekąsić coś świeżego.
We włazie pojawiła się śliczna dziewczyna o krótkich, rozczochranych włosach.
— Czy możemy już wyjść, ojcze?
— Nie! — odparł Simeon. — To niebezpieczne. Wracaj do środka, Anito.
— Popatrzę w takim razie stąd — powiedziała, utkwiwszy w Dantonie zaciekawione spojrzenie.
Danton poczuł, jak przez jego ciało przebiega łagodny, nie znany mu do tej pory dreszcz.
— Przyjmujemy wasze dary — oznajmił Semeon — ale jeść tego nie będziemy.
— Dlaczego? — zapragnął wiedzieć Danton.
— Bo nie wiemy, jakimi truciznami chcecie nas załatwić.
— Truciznami? Chwileczkę, może tak byśmy sobie spokojnie porozmawiali?
— Co o tym sądzisz? — zapytał Jedekiah Simeona.
— Jest tak, jak się spodziewałem — odparł komendant. — Przymilny, płaszczący się, bez wątpienia perfidny. Przyszedł sam, bez swoich ludzi. Założę się, że czają się w krzakach. Lekcja poglądowa byłaby tutaj jak najbardziej na miejscu.
