
Ebba różniła się jednak od wielu swych współtowarzyszek niedoli. W wielu religijnych wspólnotach panowało małostkowe przekonanie, że kobieta powinna zachowywać bierność, służyć jedynie jako podkład dla mężczyzny na zimno egzekwującego swoje prawa. Uległe kobiety na początku swych małżeństw potrafiły, być może, zarzucić mężowi ręce na szyję i szepnąć parę słów o miłości. Najczęściej w odpowiedzi otrzymywały siarczysty policzek. Uczyły więc własne ciała nieczułości, a płomienie, niegdyś gorejące w ich oczach, gasły.
Ebba nie była taka. Od razu przejrzała Karla i dokładnie wiedziała, czego może się po nim spodziewać, a także w jaki sposób uniknąć prawdziwego bicia. Razy, którymi ją obdzielał, spadały głównie dla zachowania pozorów i nigdy nie były naprawdę dotkliwe. I przez wiele lat rzeczywiście kochała swego przystojnego misjonarza, dobrze wiedząc, jak bardzo jest od niej zależny.
Z czasem jednak wszystko zaczęło się zmieniać. Karl podupadał na zdrowiu, miał kłopoty z żołądkiem i pęcherzem, a w ostatnim roku nie był w stanie spełnić aktu miłosnego. Wówczas obudził się jego prawdziwy gniew. Bił teraz Ebbę mocno, bo nie mógł się pogodzić z własną niesprawnością. Gunilla często widywała matkę posiniaczoną i poranioną, ze śladami łez na policzkach.
Sprawiało to wielki ból dziewczynie. Oczywiście dawno już zrozumiała, czym zajmują się rodzice, kiedy poszeptują, jęczą i wzdychają wieczorami. Zwykłe ogarniały ją wtedy mdłości i wsuwała się jak najgłębiej pod przykrycie, byle tylko niczego nie słyszeć.
