
Cole był zaskoczony, że za te diamenty zapłaciło życiem jedynie dwoje ludzi. Nigdy jeszcze nie widział zbioru równego temu, który spoczywał przed nim na białym papierze. Te kamienie zawdzięczały swój kolor naturalnym warunkom, w jakich powstały, a nie barwie otoczenia.
Schował swój wzorcowy diament i obejrzał woreczek z ciemnego welwetu, leżący na mahoniowym blacie biurka. Materiał był bardzo stary, więc czas i twarda powierzchnia przechowywanych w sakiewce diamentów zniszczyły go tak, że miejscami stał się cienki jak jedwab. Sakiewka to martwy przedmiot, więc było jej wszystko jedno.
Natomiast kamienie nie wydawały się martwe. Połyskiwały jakby ożywione światłem, czasem i nienasyconą ludzką żądzą posiadania wszystkiego, co rzadkie.
– Czego chcesz ode mnie? – zapytał Cole, przyglądając się zielonemu kamieniowi zamyślonym spojrzeniem szarych oczu.
Przez chwilę Wingowi zdawało się, że pytanie jest skierowane do diamentu. Ten biznesmen z Hongkongu znał Cole'a od wielu lat, jednak nie był w stanie zrozumieć ani przewidzieć skomplikowanych procesów myślowych amerykańskiego badacza.
– Czy to są diamenty? – zapytał cicho Chińczyk.
– Tak.
– Żadne oszustwo nie jest możliwe?
Cole wzruszył ramionami. Ten gest spowodował ruch światła na jego sylwetce. Surowy jedwab, z którego uszyta była sportowa marynarka Amerykanina, połyskiwał czernią. Jego włosy miały równie lśniący i głęboki odcień. Skóra Cole ściemniała od przebywania w najdzikszych miejscach globu. Delikatne zmarszczki, rozchodzące się promieniście od kącików powiek, były efektem długich miesięcy spędzonych w blasku pustynnego słońca lub w świetle lampki górniczej. Nad lewą skronią w gęstej czuprynie widać było srebrne nitki. Cole miał trzydzieści cztery lata, ale wyglądał o wiele dojrzalej i rzeczywiście po wieloma względami był bardziej doświadczony, niż wskazywałby na to jego wiek.
