Jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze wałkowała się ta lekcja w swobodnym strumieniu świadomości Paula. Wyczuwając przez zamknięte powieki, że żółte promienie świtu dotknęły parapetu okiennego, otworzył oczy i zapatrzony w znajomy ornament światłocieni na suficie sypialni przysłuchiwał się na nowo podjętej krzątaninie i hałasom na zamku. Otworzyły się drzwi od korytarza i zajrzała matka — czarna wstążka przytrzymywała jej miedzianobrązowe włosy, niewzruszone zielone oczy w owalnej twarzy patrzyły z powagą.

— Nie śpisz — powiedziała. — Wyspałeś się?

— Tak.

Obserwując jej wysoką postać zauważył oznaki napięcia w ramionach, kiedy wybierała mu ubranie z szafy. Ktoś inny by to przeoczył, ale ona wyćwiczyła go w Metodzie Bene Gesserit — w najdrobniejszych niuansach postrzegania. Odwróciła się do niego trzymając półurzędową marynarkę w rękach. Tę z czerwonym jastrzębiem Atrydów nad kieszenią na piersi.

— Pośpiesz się — powiedziała. — Matka Wielebna czeka.

— Śniła mi się kiedyś — powiedział Paul. — Kto to jest?

— Była moją nauczycielką w szkole Bene Gesserit. Obecnie jest Prawdomówczynią Imperatora. I… — zawahała się — Paul, musisz jej opowiedzieć swoje sny.

— Opowiem. Czy to dzięki niej mamy Arrakis?

— Nie mamy Arrakis!

Jessika strzepnęła pyłek ze spodni, powiesiła je obok marynarki na wieszaku przy jego łóżku.

— Nie każ czekać na siebie Matce Wielebnej.

Paul usiadł i rękami objął kolana.

— Co to jest gom dżabbar?

Po raz wtóry dzięki naukom matki dostrzegł jej właściwie niedostrzegalne wahanie, nieposłuszeństwo nerwów, które odczytał jako strach. Jessika podeszła do okna, odsunęła story, zapatrzyła się na szczyt Sjubi za nadrzecznymi sadami.



4 из 645