
— Nauka to jedno — powiedziała — a pierwiastek pierwotny drugie. Zobaczymy.
Starcze oczy rzuciły twarde spojrzenie na Jessikę.
— Zostaw nas samych. Zalecam duchowe medytacje.
Jessika zdjęła dłoń z ramienia Paula.
— Wasza Wielebność, ja…
— Jessika, wiesz, że to musi się stać.
Paul, zaintrygowany, podniósł oczy na matkę.
— Tak… oczywiście — powiedziała.
Z kolei obrócił spojrzenie na Matkę Wielebną. Grzeczność i wyraźny strach matki przed tą staruchą nakazywały ostrożność. Gniewał go jednak lęk, który wyczuwał w matce.
— Paul… — Jessika odetchnęła głęboko — próba, do jakiej za chwilę przystąpisz… jest dla mnie ważna.
— Próba? — popatrzył na nią.
— Pamiętaj, że jesteś synem księcia — powiedziała. Odwróciła się gwałtownie i wymaszerowała z pokoju wielkimi krokami, z suchym szelestem sukni. Zatrzasnęły się za nią drzwi.
Tłumiąc gniew Paul stanął twarzą w twarz ze starą kobietą.
— Czyż odprawia się jaśnie panią Jessikę jak służebną dziewkę?
Uśmiech zadrgał w kącikach pomarszczonych ze starości ust.
— Jaśnie pani Jessika była, chłopcze, moją służebną dziewką w szkole przez czternaście lat. — Pokiwała głową. — I to w dodatku dobrą. A teraz podejdź tu!
Rozkaz był jak cięcie biczem. Posłuchał, zanim zdał sobie z tego sprawę. Używa na mnie Głosu — pomyślał. Zatrzymał się na skinienie starej, stając przy jej kolanach.
— Widzisz to? — zapytała.
Z fałd togi dobyła zielony metalowy sześcian o boku około piętnastu centymetrów. Odwróciła go i Paul zauważył, że nie ma on jednej ściany, tylko otwór — czarny i dziwnie straszny. Ani odrobina światła nie przenikała owej ziejącej czerni.
— Włóż prawą rękę do pudełka — powiedziała.
Strach przeszył Paula. Zaczął się cofać, ale usłyszał głos starej:
