
— Myślisz, że powinniśmy spróbować czegoś innego? — spytał Mueller.
— Nie, ale nie damy rady dojść tam przed świtem. — Sierżant spojrzał na dzieci i pokręcił głową. — Będziemy cholernie się starać, ale nie damy rady.
— Damy — powiedziała Elgars, wstając. — Pod warunkiem, że nie będziemy cały dzień dyskutować. Sierżancie, jestem tu najwyższym stopniem oficerem. Co pan na to?
— Cóż, ma’am — odparł zwiadowca ze słabym uśmiechem. — Zrobimy tak: ja będę rzucał propozycje, a pani będzie wydawać rozkazy. A jeśli nie będzie pani chciała wydawać rozkazów, które ja zaproponuję, lepiej, żeby miała pani cholernie dobry powód, bo inaczej panią zastrzelę.
— Może być — zaśmiała się kapitan. — A proponuje pan…
— Ruszajmy — odparł. — Nie będzie nam wcale łatwiej, kiedy się ściemni.
— Mogę coś powiedzieć? — spytała Shari.
— Jasne.
— Jak ja nienawidzę Posleenów.
Kiedy wyruszyli, zaczęła opadać lekka zimna mgła.
* * *
Tulo’stenaloor zaklął i potrząsnął grzebieniem. Najwyższy dowódca posleeńskich sił atakujących Rabun Gap walczył z ludźmi prawie od dziesięciu lat. I przez ten czas nabrał szacunku dla ich umiejętności. Mimo posleeńskiej przewagi liczebnej i ogniowej, ludzie z niemal diabelską przemyślnością odpierali ich ataki.
Ale ta grupa zaczynała mu działać na nerwy.
— Jak ja nienawidzę ludzi — mruknął. — Co wiemy o tej przeklętej „jednostce” metalowych threshkreen?
Posleeni zetknęli się z ludźmi po raz pierwszy na planecie Aradan 5, nazywanej przez nich Diess. Aż do czasu tamtego spotkania horda nie napotkała większego oporu. Ani mali zieloni Indowy, ani wysocy i smukli Darhelowie, ani owadzi Tchpth nie umieli im się przeciwstawić. Czasami próbowali z nimi walczyć, ale z reguły starcie kończyło się otoczeniem ich i zarżnięciem na kolację.
