
– Mogę zejść niżej, byście przyjrzeli się z bliska – oznajmił pan Andrews. – Jesteśmy już niemal w Diamond Lake.
Samolot zanurkował, silnik warkotał rytmicznie.
Jupe zrezygnował z szukania zapasowej lornetki i wrócił na swoje miejsce za pilotem. Spojrzał na leżącą w oddali wąską zielona dolinę, usytuowaną niemal dokładnie na linii północ – południe. Otaczały ją wysokie, pionowe ściany z granitu. Na południowym krańcu doliny rozciągała się parę kilometrów na wschód i na zachód urwista skała. Po jej zboczu spływał srebrzysty wodospad.
– Niesamowity widok – przyznał Jupe.
– Jak się nazywa ta dolina? – dopytywał się Bob.
– Sam chciałbym wiedzieć – odparł pan Andrews. – Jest taka piękna. Spójrzcie przed siebie, to już Diamond Lake. Około siedemdziesięciu kilometrów na północ od nas.
Niemal okrągła, błękitna powierzchnia jeziora, od którego kurort wziął nazwę, lśniła w słońcu jak prawdziwy diament. Na jednym z brzegów przycupnęły maleńkie domki. Biała betonowa szosa wiła się niczym wstążka między górami i dokoła jeziora,
Bob aż gwizdnął z podziwu.
– Fantastyczne!
– Zdążymy akurat na lunch! – ucieszył się Jupe.
– Nareszcie gadasz do rzeczy – pochwalił go Pete.
W tej samej chwili cessną lekko szarpnęło. Przynajmniej Jupiterowi tak się wydawało.
– Czujecie… – zaczął i nie zdążył dokończyć zdania.
Uspokajający szum motoru ustał nagle. W kabinie zapanowała przeraźliwa cisza.
– Panie Andrews…
Ojciec Boba przebiegał już palcami po pulpicie sterowniczym. Od dwóch lat posiadał licencję pilota, wiele razy prowadził należące do wydawnictwa samoloty i nigdy nie miał z tym najmniejszych kłopotów.
Naciskał kolejne guziczki, sprawdzał wskaźniki i zamarł na chwilę, gdyż żaden z przyrządów pokładowych nie działał. Wskazówki stały w miejscu, nie określając prędkości, wysokości, poziomu paliwa…
– Wysiadła elektryka! – stwierdził Bob.
