
Chłopcy uśmiechnęli się blado, jednakże mała kabina aż trzeszczała od panującego w niej napięcia. Dziób cessny skierowany był w granitowe wierzchołki. Samolot wydawał się teraz kruchy jak porcelanowa figurka. Jeśli uderzy w któryś z górskich szczytów, roztrzaska się na kawałki wraz z całą załogą.
Jupiter oblał się zimnym potem, w żołądku kłuło go ze strachu.
Pete zaciskał palce aż do bólu. Czuł, że za chwilę wyskoczy z własnej skóry.
Bob przełykał ślinę. Próbował równo oddychać. Przyrzekł sobie, że jeśli wyjdą cało z opresji, już nigdy nie będzie naśmiewał się z nadwagi Jupe’a czy też dokuczał Pete’owi z powodu Kelly.
– Dokąd zmierzasz? – zapytał ojca. Słowa z trudem przeszły mu przez gardło.
– Na tę dużą łąkę – wyjaśnił pan Andrews. Leżała na wschód od doliny, którą wcześniej widzieli.
– Kiedy tam będziemy? – dopytywał się Jupe.
– Za mniej więcej trzy minuty.
Chłopcy nie mogli oderwać wzroku od okien. Zmartwiali patrzyli, jak spadają na łeb, na szyję. Drzewa i granitowe skały rosły im w oczach. Długie urwisko na północ od łąki stawało się coraz wyższe, bielsze, bardziej wyniosłe.
Bob pomyślał o mamie. Wyobraził sobie, jak sięga po gazetę i czyta informację o katastrofie samolotowej. Tata i on – zabici…
Im bardziej maszyna zbliżała się do ziemi, tym jej szybkość zdawała się rosnąć. Mknęła jak rakieta ku własnej zgubie.
– Pochylić się! – warknął pan Andrews. – Ręce wokół głowy.
– Tato…
– Ty również. Bob. Nie trzeba nam bohaterów.
Chłopiec posłusznie wykonał polecenie.
– Przynajmniej mamy na czym stanąć – mruknął, próbując przekonać siebie i pozostałych pasażerów, że mogłoby być gorzej. – Podwozie umocowane jest na stałe. Nie wciąga się go podczas lotu.
Nikt nawet nie wspomniał o hamulcach. Przy zepsutym systemie elektrycznym były bezużyteczne.
Świst powietrza wokół samolotu wzmagał się.
“Teraz!” – pomyślał Bob.
