Pani Krysia z nie skrywaną satysfakcją powiadomiła mnie, że wszystko, co w tym mieszkaniu jest cenne, stanowi moją własność, bo należało do moich rodziców. Srebrne świeczniki, srebrna zastawa, stara miśnieńska porcelana, prawdziwy Chełmoński na ścianie, zabytkowa komódka, jaspisowy zegar stojący, biżuteria, o której nic nie wiedziałam, a do tego jeszcze zdjęcia. Cztery albumy z fotografiami, wśród nich zaś ślubny portret moich rodziców i liczne zdjęcia z czasów ich młodości. To mną wstrząsnęło. Rodziców nie pamiętałam, nie miałam najmniejszego wyobrażenia, jak wyglądali i pragnęłam ich zobaczyć za wszelką cenę!

Tym mnie trzymała. Powiedziała, że pokaże mi je, a nawet odda, jeśli na to zasłużę. Wiedziałam doskonale, że łże, upodobanie do kłamstwa jest w niej patologiczne, przez całe lata wmawiała we mnie, że po moich rodzicach nie zostało nic, ale wbrew tej wiedzy miałam nadzieję. Bywałam u niej co najmniej raz na tydzień, załatwiając dla niej różne rzeczy w ramach tego zasługiwania, płaciłam na poczcie jej rachunki własnymi pieniędzmi, sprowadzałam ludzi do rozmaitych napraw w tym rozsypującym się domu, wysłuchiwałam cierpliwie narzekań, złorzeczeń, pretensji i opisów licznych chorób, realizowałam recepty i w tym wszystkim nieporównywalną pociechą była mi myśl, że już tam nie mieszkam. Możliwe, że moja nienawiść złagodniałaby nieco, gdyby nie postarała się o jej rozkwit sama ciotka.

Naraziłam się jej okropnie, bo zniknęłam na trzy tygodnie. Ośmieliłam się po raz pierwszy w życiu wyjechać nad morze i zostałam za to ukarana, chociaż uprzedzałam, że wyjeżdżam. Nie przyjęła tego do wiadomości, po moim powrocie oznajmiła, że widocznie z tych albumów zrezygnowałam, ona zatem nie będzie ich trzymać i jeden właśnie spaliła.



10 из 187