
Znienawidziłam moją ciotkę już we wczesnym dzieciństwie. To właściwie nie była moja ciotka, tylko cioteczna babka, siostra mojej rodzonej babki, młodsza od niej, dawno owdowiała i bezdzietna. Zaopiekowała się mną, kiedy zostałam trzyletnią sierotą, po śmierci rodziców w katastrofie. Moja rodzona babka była wtedy ciężko chora, wymogła chyba tę opiekę na swojej siostrze i tak już zostało, bo więcej rodziny nie było, a babka w kilka miesięcy później umarła.
Tę cioteczną babkę, która od początku kazała nazywać się ciotką, znienawidziłam z przyczyn czysto osobistych, nie zdając sobie sprawy z jej charakteru. Z początku bałam się jej śmiertelnie, kojarzyła mi się z najokropniejszymi postaciami z bajek, z Babą Jagą, wiedźmą, czarownicą, odpadała tylko zła wróżka, bo wróżki, złe czy dobre, powinny być młode. Wpatrywała się we mnie nieżyczliwie, usta miała zaciśnięte, a w oczach wyraz agresywnej niechęci. Nie lubiła mnie z całą pewnością i była dla mnie niedobra.
Główną przyczyną nienawiści stało się mleko. Uparcie karmiła mnie mlecznymi zupkami, ryż na mleku, makaron na mleku, kaszka na mleku, ja zaś od woni gotowanego mleka miałam odruch wymiotny. Wychudłam w końcu tak, że wkroczył lekarz, sąsiad, zamieszkały w tym samym domu. Prawdopodobnie uratował mi życie. Uspokoiła się trochę z tym mlekiem, ale nie popuściła w pełni, wciąż usiłowała wpychać we mnie ohydne potrawy. Wymyśliła tran, ale tran, o dziwo, lubiłam, porzuciła go zatem dość rychło i przestawiła się na gotowaną rzodkiewkę, która śmierdziała nieziemsko, z dwojga złego jednakże wolałam smród rzodkiewki niż mleka. Później nauczyłam się udawać, że czegoś nie lubię i dzięki temu dostawałam kapustę, którą uwielbiałam pod każdą postacią.
