
Metodą wyszukanych podstępów udało mi się spotkać z Grzegorzem, oczywiście w godzinach pracy, i całe szczęście, że dysponował samochodem, który wydarł Halusi.
– Śmiesznie nam się zmienia. – zauważył, jadąc w kierunku Puszczy Kampinoskiej.
– Coś tam kiedyś o mnie mówiłaś, teraz mogę chyba powiedzieć to samo o tobie.
Kochasz go?
– Nie wiem – odparłam uczciwie. – Mam do niego słabość i dużo upodobania.
Wierzę w trwałość uczuć, gdyby zaczęły gasnąć, za jakie dwa wieki dojdą do zera. To cenne.
Kretynka.
– Jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który chciałby ci bruździć. Co chyba nie przeszkadza…?
Owszem, przeszkadzało. Z natury byłam zawsze monogamiczna, a w dodatku brakiem zaufania tego swojego szaleńca czułam się urażona i właśnie na złość uparłam się wytrwać w wierności. Nie wyznałam prawdy.
– Nie ma warunków – zwróciłam mu uwagę. – Wszędzie ludzie.
– Masz rację. Szkoda…
Chciałam się dowiedzieć, jakie ma plany i czy ten przyjazd mu nie zaszkodził.
Mgliście słyszałam o jakichś podstępnych knowaniach, ktoś tam podobno podkładał mu świnię.
– Nie – odparł. – Tym razem nic mi nie zrobią ze śmiesznego powodu. Jeden z wielbicieli mojej żony ma na to wpływ i wcale sobie nie życzy mojej obecności w kraju, wyobraża sobie głupio, że mógłbym mu przeszkadzać w amorach. Wracam na kontrakt i mogę cię zapewnić, że noga moja nie postanie tu, a Halusi tam. Wkrótce odzyskam równowagę i niczego tak nie żałuję, jak tego, że jesteś zajęta.
Szarpnęło mną. Prawie zabrakło mi tchu i słowa jednego nie zdołałam z siebie wydusić. Po jaką cholerę straciłam nadzieję na niego i dałam się poderwać, po jaką cholerę zrobiłam z tego trwały związek, po jaką cholerę tak idiotycznie zagmatwałam się w uczuciach, nie rzucę się przecież w ślady Halusi, nie wystawia się rufą do wiatru kochającego człowieka! Szlag żeby to trafił, coś tu chyba straciłam nieodwołalnie…
