
– Miło cię słyszeć, Grzesiu, po tylu latach – odparłam. – Gdzie jesteś?
– W Paryżu, jak zawsze. Kiedy tu przyjedziesz?
Planowałam sobie właśnie ten wyjazd do Francji.
Nie zaraz, wiosną. Wymyśliłam koniec kwietnia albo początek maja, żeby nie wrąbać się w letnie upały, i nie zamierzałam ograniczać się do Paryża. Nie byłam nawet pewna, czy od niego zacznę.
– A jak twoja żona? – spytałam ostrożnie.
– Dużo by gadać. A jak twój mąż?
– Wcale można nie gadać. Pozbyłam się go świeżutko. O Boże, skorupka Jasia…!
– Tej metafory wprawdzie nie łapię, ale cieszyłbym się, gdybyś tu przyjechała, jeszcze nie zajęta na nowo.
– A ty tu…?
– A ja na razie nie mogę nigdzie…
Usiłowaliśmy powiedzieć do siebie wszystko naraz.
Z żoną miał jakieś kłopoty, o których nie chciał mówić. Dzieci były z głowy, poszły na swoje. Uświadomiłam sobie nagle, że my obydwoje, w naszym wieku, poprzednie pokolenie, powinniśmy być zramolałą staruszką i trzęsącym się prykiem, powiedziałam mu o tym i zaczęliśmy się śmiać. Uparcie pytał o mój przyjazd, wahałam się jeszcze, miałam dużo roboty, ale już wiedziałam, że w tej sytuacji pojadę z pewnością, nie bacząc na głupie przeszkody.
Jak zwykle, rozumiałam każde jego słowo, wyglądało na to, że z wzajemnością, fluid leciał po przewodzie telefonicznym, nie, zaraz, to już była łączność satelitarna, no dobrze, leciał w kosmos i wracał. Duża rzecz.
Rozmawialiśmy codziennie, z wyłączeniem weekendów. Oczywiście, ta cholerna żona!
– Miałeś kiedyś uciążliwą sekretarkę…? – przypomniałam delikatnie za którymś kolejnym razem.
– Już dawno jej tutaj nie mam. Mam normalne biuro i normalny personel. A za to ty, zwracam ci uwagę, masz nienormowany czas pracy i zależna jesteś wyłącznie od siebie. Ja pracuję w zespole, a ty indywidualnie, pomijam inne względy. Nie wyrwę się.
Przyjedź. Chcę cię chwycić w tak zwane objęcia.
