
Kiedy Dean i Will zamienili się rolami, zwróciła się datawizyjnie do bloku nadawczo-odbiorczego w pancernym kombinezonie o otworzenie szyfrowanego kanału łączności z Murphym Hewlettem. Po opuszczeniu „Isakore” komandosi z Sił Powietrznych rozstali się z grupą wysłaną przez ESA. Logika podpowiadała, że działając z osobna, mają większą szansę pochwycić jednego z zasekwestrowanych kolonistów.
— Zostało nam jeszcze osiem kilometrów do Oconto — powiedziała. — Żadnych śladów wroga ani ludności tubylczej.
— U mnie to samo — odparł porucznik dowodzący komandosami. — Jesteśmy sześć kilometrów na południe od was. Tylko my, jak te kurczaki, łazimy jeszcze po dżungli. Nawet jeśli nadzorca z Oconto poprowadził pięćdziesięciu ludzi w pościg za zesłańcami, to tędy nie przechodził. Piętnaście kilometrów stąd jest niewielka sawanna, a na niej blisko setka gospodarstw. Trochę tam powęszymy.
Na kanał wdarły się szumy. Jenny natychmiast skonsultowała się z układem walki radioelektronicznej, lecz czujniki wskazywały brak aktywności. Pewnie zakłócenia atmosferyczne.
— W porządku, zbliżymy się do wioski — przekazała datawizyjnie. — Obyśmy kogoś znaleźli, zanim tam dotrzemy.
— Zrozumiałem. Proponuję, abyśmy co pół godziny wymieniali się informacjami. Nie można… — Jego głos utonął wśród trzasków.
— Cholera! Dean, Will, coś nas zagłusza!
Dean sprawdził własny blok do prowadzenia walki radioelektronicznej.
— Nie wykrywam aktywności — oznajmił.
Jenny uspokoiła konia, wsunęła stopę w strzemię i przerzuciła nogę przez siodło. Opodal Will pośpiesznie szedł w jej ślady. Każde z nich badało okoliczną dżunglę. Koń Deana zarżał nerwowo. Jenny szarpnęła za cugle, gdy jej wierzchowiec obrócił się gwałtownie.
— Oni tu są — stwierdził Will beznamiętnym głosem.
— Gdzie? — zapytała Jenny.
