
Pomagała zaplanować tę misję. Wygłaszała swoje uwagi w sali pełnej wysokich rangą oficerów, którzy wyraźnie okazywali zdenerwowanie w jej towarzystwie. Ten syndrom dotykał coraz szersze grono ludzi w tajnej bazie wojskowej, w miarę jak postępowały jej prace.
Alkad dała Konfederacji całkiem nowy powód do strachu — coś, co pod względem siły rażenia dystansowało nawet antymaterię: pogromcę gwiazd. Świadomość tego w równym stopniu przygnębiała, co przerażała. Musiała pogodzić się z myślą, że po wojnie miliardy mieszkańców planet będą zerkać w gwiazdy w oczekiwaniu na moment, kiedy migoczące światełko zwane Omutą zgaśnie na nocnym niebie. Przypominając sobie jej imię — imię osoby przeklętej na wieki.
Wszystko dlatego, że w swej głupocie nie przywiązywałam wagi do błędów popełnianych w przeszłości. Podobnie jak ci wszyscy naiwni marzyciele na przestrzeni dziejów zamotani w swe kuszące, zgrabne równania, których prostota, wyodrębniona z chaosu elegancja, nie daje wyobrażenia o perfidnych, krwawych zastosowaniach, będących ich końcowym urzeczywistnieniem. Jakbyśmy nie mieli dość broni. Nic jednak nie zmieni ludzkiej natury, zawsze chcemy wybić się ponad innych, powiększyć trwogę o kolejny stopień. Tylko po co?
Trzysta osiemdziesiąt siedem dorad: ogromnych asteroid o wnętrzach wypełnionych niemal czystym metalem. Krążyły wokół czerwonego karła dwadzieścia lat świetlnych od Garissy i dwadzieścia dziewięć od Omuty. Statki zwiadowcze z obydwu zamieszkanych układów natknęły się na nie prawie równocześnie. Nikt nigdy się nie dowie, kto rzeczywiście był pierwszy. Oba rządy uznały je za swoją własność: bogactwo nagromadzone w samotnych bryłach metalu stanowiłoby nie lada gratkę dla planety, której przedsiębiorstwa dałyby sobie radę z urobkiem tak wielkiej ilości rudy.
