
– Diabli nadali – mruknął, spluwając uroczyście. Stał przez jakiś czas, zastanawiając się, co robić. Tak, o nieoczekiwanym spotkaniu należy powiadomić kogo trzeba… Założył dziurawe gumofilce i poczłapał przez kląskające błoto do sąsiedniego baraku. Józwa, były sołtys, już nie spał. Od samego świtu siedział przy aparaturze. Pomieszczenie, w którym urządził bimbrownię, nie było duże. Kiedyś stał tu zapasowy agregat prądotwórczy. Dym z paleniska uchodził częściowo przez komin, częściowo snuł się po klitce niczym mgły nad norweskim fiordem. Poblask ognia na zakopconych szybach oraz gruba, wieloletnia warstwa sadzy na ścianach nadawały melinie wygląd zbliżony do jaskini Hefajstosa.
Słysząc, że ktoś wszedł, bimbrownik odwrócił w stronę gościa czerwoną gębę pokrytą trzydniowym zarostem. Rozchełstany na piersi, brudny drelich odsłaniał kępy siwych kudłów porastających tors.
– A, to ty – burknął. – Poczekaj, aż skończę… Chłodnica, wymontowana z wraku ciężarówki, hurkotała głucho, a do podstawionego słoika kapał mętny i cuchnący buraczany samogon.
– Czego? – zapytał wreszcie.
Widok przyjaciela odrobinę go zdziwił – Maciej rzadko wstawał z wyrka przed południem.
– Widziałem coś dziwnego… – zaczął opowiadać gość.
Były sołtys słuchał go długo i uważnie.
– Jesienią widziałeś dziedziczkę na rowerze – powiedział. – A teraz to… – Zasępił się.
– Co to znaczy?
– Dobrze nie jest. Coś będzie, a może i nie będzie. – Poskrobał się po zawszonej czuprynie. – Budź Hankę…
– Jestem. – Była brygadzistka stanęła w drzwiach, swoją tuszą wypełniając niemal całą futrynę. – Też nie mogę spać. Coś się dzieje?
Opowiedzieli jej.
– Daj jajko – poleciła, szczerząc krzywe, popsute zęby.
Podreptał w kąt i wydobył jedno z koszyka. Położyła je na blacie i zakręciła zręcznie grubymi jak ogórki paluchami. Potem nadtłukła i wylała do szklanki.
