
– Jesteście, ślicznotki – zachrypiał przepalony bas – bardzo punktualne. To lubię, to lubię… Wchodźcie, wchodźcie!
Kurt Abendt zbiegał po schodach na łeb, na szyję. Układał w myślach, co powiedzieć ojcu. Że pan radca Scholz nie otwierał drzwi do południa. Że ktoś inny odebrał gazetę. Że do pana radcy i do tego innego przyszły dwie dziwki. Spodziewał się, że zaimponuje ojcu swoją sumiennością, a jego kolegom fiakrom – rewelacjami na temat pana radcy Scholza. Niestety, pomylił się. Ojciec po wypiciu czwartego dziś „zajączka” był zainteresowany jedynie sytuacją w Zagłębiu Ruhry po zajęciu go przez wojska francuskie i belgijskie i wraz ze swoimi kolegami uznał rewelacje syna za kompletne brednie. Posadził go przy stole, kupił mu nawet lemoniadę, lecz za nic nie chciał opuścić chłodnego wnętrza lokalu Laugnera. Po dwóch godzinach wrócił wraz z synem do domu, zjadł obiad i położył się spać. Kiedy się obudził po drzemce, zobaczył, że Kurt wciąż mówi o radcy Scholzu. Pan Abendt postanowił sprawdzić, co się dzieje ze starym nudziarzem.
Ruszył na górę, zabrawszy ze sobą zapasowe klucze. Narzekał przy tym i przeklinał przeczucia syna. Bardzo nie lubił, kiedy burzyło się ustalony rytm dnia.
Breslau, sobota 30 czerwca 1923 roku,
wpół do siódmej wieczór
Mock siedział wygodnie rozparty w fotelu na środku pokoju i błogosławił stare platany, które otaczały dom rozrywki „Friebeberg” przy Kaiser-Wilhelm-Platz i wygaszały żar bijący od rozpalonego bruku ronda. Drzewa ponadto tłumiły krzyki dzieci, które nie miały nic lepszego do roboty niż bawić się w berka lub – sądząc po błaganiach jakiegoś nieszczęśnika – w Indian skaczących wokół pala. Bez tych drzew Mock odczuwałby w dwójnasób poalkoholowe pragnienie, kwaśność żołądkowych odruchów, niecierpliwe wezwania jelit. Gdyby nie te wysokie drzewa z łuszczącymi się płatami kory, Mock nie doznawałby teraz niczego oprócz cierpkich wyrzutów sumienia, spowodowanych głuchą niepamięcią wczorajszych zdarzeń.
