
– Naradziliście się tu, uczeni w technice? I co? Gdzie promyk nadziei? - spytał Doktor, smarując grubo suchary masłem i nakładając z wierzchu płaty szynki. Nie czekając odpowiedzi, ciągnął:
– Jako szczeniak przeczytałem chyba więcej książek o kosmonautyce, niż waży nasza nieboszczka, a jednak nie znalazłem ani jednej opowieści, żadnej historii, anegdotki nawet o czymś podobnym do tego, co nas spotkało. Dlatego - nie pojmę!
– Bo to nudne - wyjaśnił z szyderczą intencją Cybernetyk.
– Tak - to coś nowego - Robinson międzyplanetarny - powiedział Doktor. Zakręcał termos. - Jak wrócę, postaram się to opisać, o ile talent pozwoli.
Zapadła nagła cisza. Zbierali puszki, aż Fizyk wpadł na myśl, żeby je schować do szafki ze skafandrami, ustąpili więc pod ścianę, bo inaczej nie dało się otworzyć drzwi w podłodze.
– Wiecie, słyszeliśmy jakieś dziwne odgłosy, jakeśmy grzebali w magazynie - powiedział Chemik.
– Jakie odgłosy?
– Takie stękania i potrzaskiwania, jakby nas coś prasowało.
– Myślisz, że oberwała się na nas jakaś skała? - spytał Cybernetyk.
– To całkiem co innego - wmieszał się Inżynier. - Zewnętrzna powłoka osiągnęła przy wtargnięciu w atmosferę bardzo wysoką temperaturę, dziobowa może się nawet nadtopiła, a teraz części konstrukcji stygną, przesuwają się, powstają wewnętrzne napięcia i stąd te odgłosy - o, i teraz słychać, uważajcie…
Zamilkli. Tylko twarze oświetlała latarka, leżąca na płaskim kole nad włazem. We wnętrzu statku rozległo się przeciągłe stęknięcie, seria krótkich, słabnących potrzaskiwań i nastała cisza.
– A może to któryś automat? - powiedział z nadzieją w głosie Cybernetyk.
– Widziałeś przecież sam.
– Tak, ale nie zaglądaliśmy do luki rezerw. Cybernetyk wychylił się w ciemność korytarza i stając na samym brzegu klapy krzyknął:
