
Niewielkie szmaragdowe trawniki i turkusowe baseny lśniły w ostatnich promieniach dnia.
– Wiesz, dokąd lecimy? – zapytał mężczyzna siedzący obok pilota.
Ten skinął w milczeniu głową.
Bell leciał w zapadających ciemności na północny wschód, osiągając stopniowo coraz wyższy pułap. Przeciął linię biegnącej w dole autostrady, ze strumieniem czerwonych świateł pełznących na wschód. Na północ od drogi nieliczne zabudowania zaczęły ustępować miejsca niskim niezamieszkanym wzgórzom, jałowym i porośniętym krzakami. Zbocza zwrócone w stronę zachodzącego słońca lśniły pomarańczowo, w cieniu i dolinach przybierając matową, ciemnobrązową barwę. Po jakimś czasie pagórki przekształciły się w niskie, łagodne góry. Bell sunął przed siebie, to wznosząc się, to opadając, zgodnie z ukształtowaniem terenu. Mężczyzna z przodu odwrócił się i spojrzał na Franza.
Uśmiechnął się przelotnie i oznajmił:
– Jeszcze tylko dwadzieścia minut.
Franz nie odpowiedział. Zbyt mocno cierpiał.
***
Helikopter leciał z prędkością dwustu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, toteż w ciągu kolejnych dwudziestu minut pokonał dystans niemal dziewięćdziesięciu kilometrów ponad górami i pustymi połaciami pustyni. Pilot włączył przednie reflektory i zwolnił. Mężczyzna siedzący z przodu przywarł czołem do szyby, wypatrując w ciemności.
– Gdzie jesteśmy? – zapytał.
– Tam gdzie byliśmy poprzednio – odpowiedział pilot.
– Dokładnie?
– Mniej więcej.
– Co jest poniżej?
– Pustynia.
– Wysokość?
– Dziewięćset metrów.
