
Kiedy siadał za biurkiem znowu dmuchnął wiatr. Zagrzechotały klepsydry na półkach, a korytarzu wielki zegar z wahadłem przerwał na krótką chwilę swoje nieskończone dzieło rozcinania czasu na fragmenty rozsądnej wielkości.
Śmierć westchnął i skupił wzrok.
Nie ma takiego miejsca, do którego Śmierć nie mógłby się udać; nieważne, jak jest dalekie czy niebezpieczne. A nawet, im bardziej jest niebezpieczne, tym bardziej prawdopodobne, że Śmierć już tam jest.
Teraz spoglądał przez opary czasu i przestrzeni.
AHA, rzekł. TO ON.
Trwało gorące popołudnie późnego lata w Ankh-Morpork, zwykle najbardziej ruchliwym, najbardziej gwarnym, a przede wszystkim najbardziej zatłoczonym mieście na Dysku. Włócznie słonecznych promieni osiągnęły to, co nie udało się niezliczonym najeźdźcom, kilku wojnom domowym i godzinie milicyjnej. Spacyfikowały teren.
Psy dyszały ciężko w parzącym cieniu. Rzeka Ankh, która nigdy się, jak to mówią, nie skrzyła, teraz ciekła między nadbrzeżami, jakby żar wyssał z niej wszelki zapał. Ulice były puste i rozpalone jak piec.
Żadni wrogowie nie zdobyli jeszcze Ankh-Morpork. To znaczy owszem, formalnie tak, nawet dość często. Miasto chętnie witało szastających pieniędzmi barbarzyńskich najeźdźców, a ci po kilku dniach odkrywali ze zdumieniem, że ich własne konie już do nich nie należą, a po paru miesiącach stawali się kolejną mniejszością etniczną, charakteryzującą się własnym stylem graffiti i własnymi sklepami spożywczymi.
Ale upał obległ miasto i zdobył mury. Leżał na drżących ulicach jak całun. Pod słonecznym promieniem skrytobójcy byli zbyt zmęczeni, by zabijać. Gorąco zmieniło złodziei w uczciwych obywateli. W porośniętych bluszczem ścianach Niewidocznego Uniwersytetu, głównej uczelni magicznej, mieszkańcy drzemali, ocieniając twarze szpiczastymi kapeluszami. Nawet muchy były tak wyczerpane, że zrezygnowały z obijania się o szyby. Miasto leżało w sjeście, oczekując zachodu słońca i krótkiej, gorącej, aksamitnej ulgi nocy.
